Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 stycznia 2024

życie to kabaret


Zawartość tej strony została wycofana przez autora po konsultacji z "wydawcą".
Proszę nie komentować tych decyzji. Konsultacje "przebiegały w serdecznej i przyjaznej atmosferze", więc szukanie podtekstów, drugiego czy trzeciego dna jest skazane na niepowodzenie i usunięcie komentarza.





Przeczytałeś? Zgadzasz się poglądem autora? Uważasz, że warto by i inni przeczytali?
Kliknij w poniższy przycisk.


piątek, 3 listopada 2023

WIDZIANE Z ANTYPODÓW

GDAŃSK-OPOLE-MELBOURNE  -  Rok XI  -  Nr 67 (1367)







      
życie to kabaret




PiS PO WYBORACH

 

czyli krótki felieton, w którym mojego autorstwa są tylko cztery słowa i dwukropek


 


(październik 2023)





Czasami człowiek musi, inaczej się udusi.
Jerzy Stuhr 



     A nie wygraliśmy, bo:

   



„Wynik opozycji został wykreowany dzięki manipulacji wyborcami ze strony niezależnych mediów”.

    


 
     „Trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie o źródła bezprecedensowej mobilizacji wyborców w dużych miastach, których przyczyną może być aktywność finansowanych z zagranicy organizacji pozarządowych. To w istocie rodzaj zewnętrznej ingerencji w polski proces wyborczy”.

down under

 


 
   





Przeczytałeś? Zgadzasz się poglądem autora? Uważasz, że warto by i inni przeczytali?
Kliknij w poniższy przycisk.


sobota, 8 kwietnia 2023

PIS WITA WAS

GDAŃSK-OPOLE-MELBOURNE  -  Rok XII  -  Nr 11 (1384)







      
życie to kabaret




PiS WITA

(kwiecień 2023)





Czasami człowiek musi, inaczej się udusi.
Jerzy Stuhr 

     Tak się złożyło, że moje dwa poprzednie ilustrowane projekty słowno-muzyczne opierały się na piosenkach „Drapieżny protest song” oraz „Twój pierwszy elementarz” gdańskiej (a następnie krakowskiej) grupy Wały Jagiellońskie. Postanowiłem zostać jej wierny i tym razem.

     Zanim jednak przejdę do konkretów, kilka słów wyjaśnienia dla młodszych czytelników.

     Po pierwsze, podróżowanie pociągami w peerelu było prawdziwą gehenną. Wleczone przez dymiące lokomotywy, napędzane parą uzyskiwaną z wody ogrzewanej węglem, były one cuchnące i brudne, tak na zewnątrz, jak i wewnątrz. Ponadto docierały do celu najczęściej spóźnione, panował w nich niemiłosierny tłok, a ich obsługa traktowała pasażerów jak zło konieczne, istniejące wyłącznie po to, aby przeszkadzało jej w pracy. No, chyba że pasażer, za wpuszczenie go do zapchanego wagonu, albo znalezienie mu miejsca siedzącego poprzez przepędzenie z niego zajmującego je pasażera, bądź też jakąś inną przysługę, wsuwał w łapę obsługi kilka złotych.

     Po drugie, bardzo nieliczne pociągi, zwane dalekobieżnymi, posiadały wagony restauracyjne, prowadzone przez państwową, rzecz jasna, firmę Wars. Wbrew tej dumnej nazwie miały one tyle wspólnego z restauracjami, ile tirówki z dziewicami konsekrowanymi. Były to po prostu knajpy na kółkach, z nader ograniczonym wyborem najprostszych i nieprzesadnie apetycznych dań, kelnerami w brudnych kitlach i równie brudnymi obrusami na stolikach. Tylko niektóre zresztą posiadały takie „luksusy”, jak kelnerzy, stoliki i obrusy (o, piszę prozą, a staje się ona czystą poezja), najczęściej bowiem konsumowało się w nich w pozycji stojącej. Miało to oczywiście z punktu widzenia Warsa głęboki sens, ponieważ gdy konsumenta zaczynają boleć bądź cierpnąć mu nogi, nie będzie zwracał uwagi na to, że zjada coś niejadalnego. Wyróżniały się jednak owe wagony niezwykle istotną zaletą: można było napić się w nich wódki, co w przedziałach było surowo wzbronione. Identycznie jak przewożenie pociągami (o czym informowały przytwierdzone w każdym przedziale metalowe tabliczki) „materiałów łatwopalnych, wybuchowych, żrących i cuchnących”. Wódka w Warsie była, oczywiście, „chrzczona” wodą, ale lepsza taka, niż żadna.


     Z wagonem firmy Wars mam związane pewne wspomnienie. Jechałem mianowicie wieczornym pociągiem dalekobieżnym, posiadającym akurat taki wagon, z mojego miasta do Warszawy, dzieląc przedział z pięcioma wracającymi z tzw. delegacji mieszkańcami stolicy, a zarazem – jak się okazało – kolegami. Faceci wypatrywali niecierpliwie sprawdzającego bilety konduktora, toteż domyśliłem się, że zamierzają złamać jeden z obowiązujących zakazów i że, z pewnością, nie jest to zakaz przewożenia wyżej wspomnianych materiałów. Zganiłem się, że sam, zamiast o tym pomyśleć, wziąłem w podróż książkę, ale cóż, mądry Polak po szkodzie. Moje przeczucie okazało się, naturalnie, trafne. Kiedy tylko konduktor wykonał swoją powinność, na półeczce pod oknem pojawiła się półlitrowa butelka wódki znanej pod nazwą „czysta z czerwoną kartką”, kiełbasa nosząca skromną nazwę „zwyczajna”, kiszone ogórki i metalowe kieliszki, tzw. „pięćdziesiątki”. W owym okresie próbowałem się odzwyczaić od palenia papierosów, paląc fajkę. Zdało się to psu na budę, ale w pierwszej fazie tej podróży okazało się dla mnie wielce korzystne, umożliwiło mi bowiem nie tylko puszczenie w niepamięć własnego niedopatrzenia, ale w dodatku napicie się na krzywy ryj. Otóż posiadałem do tej fajki, tzw. przybornik, składający się z ubijaka tytoniu, oraz małej łyżeczki i nożyka, służących do czyszczenia jej po wypaleniu. Moi towarzysze podróży zaś, przygotowani do picia wódki nad wyraz starannie (kieliszki), nie pomyśleli o kiełbasie i ogórkach, toteż w celu ich pokrojenia zwrócili się do mnie z prośbą o wykorzystanie mojego nożyka. Naturalnie nie odmówiłem, a panowie okazali się dżentelmenami i z wdzięczności zaproponowali mi wypicie z nimi kolejki. Trochę się dla zasady krygowałem, ale nieprzesadnie i tylko przez chwilę, aby się nie rozmyślili. Po pierwszej, przyszła kolej na drugą, pojawiły się nowe krążki kiełbasy i następne ogórki wymagające krojenia, toteż partycypowałem także w kolejnych kolejkach. W ten sposób stałem się uczestnikiem opróżnienia czterech butelek o łącznej pojemności dwóch litrów. W myślach obliczyłem sobie szybko, że przez to moje współuczestnictwo każdy z biesiadników, zamiast skonsumować, zgodnie z ich pierwotnym planem, należne mu cztery setki gorzały, wypił jej jedynie niewiele ponad trzy. Będąc człowiekiem honoru, przestałem odczuwać satysfakcję z tego, że mogłem pić oraz zakąszać na ich rachunek, i podjąłem decyzję wyrównania im tej przykrej straty, zapraszając ich do wagonu Wars (ten był akurat wyposażony w stoliki i kelnerów). Zamówiłem po secie i zagrychę. Wypiliśmy, ale wówczas któryś z moich nowych koleżków (zdążyliśmy już przejść na ty) uświadomił pozostałym, że w przedziale oni zrzucali się na mnie jednego w piątkę, a tu ja funduję gorzałę im wszystkim w pojedynkę, co kłóci się z pojmowaniem przez niego konstytucyjnych zasad równości i sprawiedliwości. Zaczęli więc stawiać kolejki jeden po drugim, a kiedy zakończyli, ponownie uniosłem się honorem i zamówiłem następną. I tak, jadąc koleją, częstowaliśmy się kolejno tymi kolejkami do czasu wylądowania na dworcu Warszawa Centralna. „No, miło było”, „Może się jeszcze kiedyś spotkamy”, „Oby nam się”, „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, buzi, buzi, i każdy powędrował w swoją stronę. Ostatnim wysiłkiem kołaczących się jeszcze w mojej głowie resztek w miarę przytomnych myśli skonstatowałem, że najprawdopodobniej się urżnąłem i na tym urwał mi się film. Mój instynkt musiał jednak funkcjonować poprawnie, ponieważ rano obudziłem się w hotelowym łóżku. Nie, nie obok ponętnej i oczarowanej mną panienki, tu instynkt mnie zawiódł. Byłem sam, we łbie łomot, obraz zamazany, w ustach i gardle Sahara, trzęsące się dłonie, nogi z waty. A wszystko przez podjętą przeze mnie walkę z nałogiem. Okazuje się bowiem, że fajką nie odzwyczaisz się od papierosów, a może cię ona wpędzić w alkoholizm.

     Dlaczego wspominam dawne polskie pociągi i towarzyszące niektórym wagony firmy Wars? Ano dlatego, że jeden z tych pociągów ciągnących taki wagon stał się tematem wielkiego przeboju Wałów Jagiellońskich, którym, jak napisałem na wstępie, postanowiłem pozostać wierny również dzisiaj. To oczywiście „Wars wita”. Jego pierwsze wykonanie miało miejsce na festiwalu opolskim w roku 1979, a na płycie ukazał się trzy lata później. Młodszym czytelnikom jestem i tu winien wyjaśnienie: w takim właśnie szaleńczym tempie pracował peerelowski przemysł fonograficzny. Autorem słów i muzyki oraz wykonawcą piosenki jest Rudi Schuberth, współzałożyciel oraz pierwszoplanowa postać zespołu.

     Z jej powstaniem wiąże się pewna legenda. Otóż, według niej, Wały wyjeżdżały (o, i raz jeszcze moja proza okazuje się być poezją) po występach z Malborka, ale pociąg był tak zatłoczony, że członkowie grupy wpychali się do niego przez okno. Rudi, odznaczający się już wówczas ponadprzeciętną tuszą, nie zmieścił się w nim i został na peronie sam. W oczekiwaniu na następny pociąg usiadł na ławce i, głęboko rozczarowany działalnością Polskich Kolei Państwowych, napisał na kartce słowa „Wars wita”. Oczekiwanie przedłużało się, toteż ułożył sobie w głowie również melodię. Tej nie przeniósł na papier, ponieważ nie znał nut. Później okazało się, że legendę rozpowszechnił on sam, do czego się zresztą przyznał. Zgodne z prawdą było to tylko, że nuty były (i nadal są) dla niego terra incognita, toteż melodię wyśpiewał znajomemu pianiście, a ten zapisał ją na pięciolinii.

     Być może prawdą było również to, że, jak opowiadał twórca tego przeboju, kiedy usłyszał go Marek Jackowski, gitarzysta, kompozytor i założyciel legendarnej w Polsce grupy Maanam, powiedział mu: „Rudi, to jest najgenialniejszy punkowy kawałek, jaki słyszałem”. Pewnie z Jackowskim nie zgodziliby się muzycy The Clash czy Sex Pistols, ale oceńcie sami.

 
 "WAŁY JAGIELLOŃSKIE"


     Slowa piosenki Schubertha mają punkowe elementy, są bowiem anarchizujące, buntownicze i z politycznymi akcentami.

     Podobno o słowa piosenki obrazili się konduktorzy i dróżnicy. Ci pierwsi domagali się usunięcia z tekstu drugiej zwrotki, ci drudzy trzeciej. Konduktorzy twierdzili, iż zmysł równowagi mają wyostrzony do tego stopnia, że nawet po pijaku nie zdarza się im obijać o ściany pociągów. Dróżnicy natomiast utrzymywali, że nazywanie dwu-trzygodzinnej drzemki spaniem uwłacza ich zawodowej godności. Zachwyceni nie byli również maszyniści i pracownicy Poczty Polskiej. Ci pierwsi ogłosili, że są ludźmi wesołymi, a nawet figlarnymi, ci drudzy z kolei, że jeśli któryś z nich nabawi się czyraków, bierze zwolnienie z pracy. Nie domagali się wszakże okastrowania piosenki, a jedynie wprowadzenia do niej stosownych poprawek. W ostateczności choćby w przypisach.

     Nie ma już starych, dymiących, śmierdzących i zasyfiałych pociągów, chociaż spóźniają się nadal. Przeczytałem nawet niedawno, że jakiś Włoch zachwalał obiad w Warsie. Mnie jednak przebój Schubertha zainspirował do stworzenia w miejsce jego słów swoich własnych, ale również buntowniczych, ponieważ wykpiwających pewien polityczny obyczaj. Nadałem mu także adekwatny do tekstu tytuł.

     Nie chwaląc się pragnę jednak zwrócić uwagę na to, że, jak już poprzednio w przypadku „Drapieżnego protest songu”, przerosłem mistrza i to ponad trzykrotnie. Wersja Rudiego, nie licząc wstępu i zakończenia, składa się z trzech zwrotek, moja z aż dziesięciu.

PiS wita
Muzyka: Rudi Schubert
Słowa: Ja

Uwaga uwaga
Prezes zwiększył opóźnienie
O kilka następnych tygodni
On sam cieszy się oczywiście końskim zdrowiem
Ale opóźnienie może się jeszcze zwiększyć
Taka jest właśnie nasza strategia
Prosimy więc o cierpliwość
Ponieważ zaledwie za kilka następnych tygodni:

Jedzie prezes z daleka
Suweren już nań czeka
Oczywiście pisowski
Zwieziony z całej Polski (...łej Polski)
Jest Bartek z Koziej Wólki
Trzy przygłuche babulki
I Mariola z Opola
oraz Ola z przedszkola (przedszkola)

Tak dzisiaj PiS wita nas
PiS wita was PiS wita
PiS wita nas PiS wita was PiS wita
PiS wita nas PiS wita was PiS wita nas
PiS wita PiS wita nas

Już widać limuzynę
Pobłyskują „koguty”
Prezes kwaśną ma minę
Znów dwa lewe wzuł buty (wzuł buty)
Miasto przygotowane
Ulice wysprzątane
Biją kościelne dzwony
Na ulicach kulsony (kulsony)


Tak dzisiaj PiS wita nas...

Przyjechał wytęskniony
Ryczą już megafony
„Wypierdalaj!”, „Jebać PiS!”
I to samo też na bis (też na bis)
Prezes przemyka chyłkiem
Pali mu się pod tyłkiem
Wreszcie dotarł do sali
Wszyscy z miejsc się zerwali (zerwali)

Tak dzisiaj PiS wita nas...

Rżnie orkiestra góralska
Stoją baby w zapaskach
Z prawej strony leśnicy
A po lewej górnicy (górnicy)
Stoi młodzież znudzona
Dzisiaj ze szkół zwolniona
Dzieci czekają karnie
A nuż prezes przygarnie (przygarnie)


Tak dzisiaj PiS wita nas...

Stoją klaszcząc zwiezieni
Zostali przeszkoleni
I skandują „Ja-ro-sław!”
Nadal mu nie szczędząc braw (szczędząc braw)
On mikrofon bierze w dłoń
I zaczyna mlaskać doń
To Niemcowi dołoży
To na Tuska się sroży (się sroży)

Tak dzisiaj PiS wita nas...

To papieża obroni
Opozycję pogoni
Unii też nie oszczędza
Bo przez nią w Polsce nędza (...sce nędza)
Publika to wszystko wie
Wszak ogląda tefałpe
Cierpliwie żartów czeka
Toteż prezes nie zwleka (nie zwleka)

Tak dzisiaj PiS wita nas...

O Władeczku co w Zosię
Po piątej zamienia się
O kobietach co w szyje
Sala ze śmiechu wyje (...chu wyje)
Że w przedszkolu uczy się
Masturbacji, hłe, hłe, hłe
Sala ryczy z zachwytu
Rechot sięga sufitu (sufitu)


Tak dzisiaj PiS wita nas...

Czas na pytania z kartek
Dukają z Wólki Bartek
I Mariola z Opola
Oraz Ola z przedszkola (przedszkola)
Prezes każde dobrze zna
Przecież sam je układa
Odpowiada więc wartko
Leci kartka za kartką (za kartką)

Tak dzisiaj PiS wita nas...

Już dzisiejszej szopki kres
Bo znużony prezes jest
Z trudem ku drzwiom kuśtyka
Potem za nimi znika (...mi znika)
Ruszają limuzyny

Znów huczą megafony
Łapią pały kulsony (kulsony)


Tak dzisiaj PiS wita nas...

Powracają babulki
Bartek do Koziej Wólki
Do Opola Mariola
A Ola do przedszkola (przedszkola)
Wraca młodzież znudzona
Nieco otumaniona
Do domów jadą dzieci
Chorągiewki do śmieci (do śmieci)


Tak dzisiaj PiS wita nas... (x2)

Wyborco pamiętaj
Piłeś nie głosuj
Nie piłeś wypij
PiS wita

     Nie obiecuję, ale i nie wykluczam, że mój następny ilustrowany projekt słowno-muzyczny będzie raz jeszcze związany z Wałami Jagiellońskimi. Myślę o piosence „Ciebie brak”, również z muzyką i słowami Rudiego Schubertha. Jej bohater wyraża w niej swoje więzienne tęsknoty. Czy stworzę własną wersję? Mam nadzieję, ale to już zależeć będzie od polskich wyborców, w tym od was.


  down under

niedziela, 25 grudnia 2022

ALLAH AKBAR

MELBOURNE  -  Rok XI  -  Nr 71 (1373)







      
życie to kabaret
(grudzień 2022)

     

Wprowadzenie

      W swoim publicystycznym dorobku mam, między innymi, jedenaście krótkich satyrycznych opowiadań z gatunku political fiction. Trzecim z nich, ukończonym we wrześniu 2011, było opowiadanie zatytułowane „Allah akbar” i dzisiaj chciałbym przypomnieć je tym, którzy je wówczas przeczytali oraz zaprezentować tym, którzy go jeszcze nie znają.

     Co skłoniło mnie, aby do niego powrócić? Otóż sprawiły to spotkania prezesa Kaczyńskiego z tzw. „społeczeństwem”, a konkretnie niektóre wygadywane na nich przez niego brednie. Brednie, którymi dzieli się podczas tych partyjnych konwentykli z nieposiadającymi się z zachwytu i radośnie rechoczącymi, udającymi społeczeństwo pisowskimi aktywistami

     Aby przejść do konkretów, muszę cofnąć się do osoby... wieloletniego szefa amerykańskiego Federalnego Biura Śledczego (FBI), J. Edgara Hoovera (1895-1972). Tenże Hoover nie darzył przesadną sympatią kobiet, a ponadto często i gromko wypowiadał się przeciwko – jak to określał – seksualnej rozwiązłości i potępiał wszelkiego rodzaju odchylenia od tego, co – jak głosił – stanowiło seksualną normę. Pozując na autorytet w tej dziedzinie i wzorzec moralności, szef FBI był jednak ostatnią osobą, która miała prawo do tych tytułów pretendować, a to z tego powodu, że sam nie miał żadnego doświadczenia w relacjach z kobietami. Po prostu nigdy nie pozostawał w związku z żadną, ani trwalszym, ani choćby przelotnym. Jedyny bliski związek osobisty łączył go z jego zastępcą, pięć lat młodszym Clyde’m Tolsonem (1900-1975), którego najpierw awansował na to stanowisko po zaledwie kilkunastu miesiącach jego pracy w FBI, a następnie przepisał mu w testamencie cały swój niemały majątek. Tolson również był kawalerem i nie są znane jakiekolwiek jego bliższe relacje z kobietami. Obydwaj panowie, jak na szefów tajnej służby przystało, byli niesłychanie ostrożni i skrzętnie chronili swoją prywatność, toteż, aczkolwiek powszechnie uważano ich za homoseksualistów, nigdy im tego nie udowodniono. Zresztą kto byłby wówczas na tyle odważny, aby takie dociekania podejmować.

     Istnieją jednak świadectwa, które mogą stanowić poszlaki potwierdzające powyższe podejrzenie, a które zostały upublicznione dopiero po śmierci Hoovera i Tolsona. Popularna przed laty amerykańska modelka Lisa Stuart wspominała, że widziała ich siedzących w limuzynie, trzymających się za ręce i czule obściskujących. Z kolei emerytowany waszyngtoński policjant Joseph Shimon przypominał sobie pewnego taksówkarza, który powiedział mu, że wiózł obydwu panów, a ci podczas jazdy całowali się i oddawali niedwuznacznym pieszczotom. Ujawniły się również cztery osoby, które twierdziły, że Hoover przebierał się czasami w damskie sukienki. Innej poszlaki dostarczył były funkcjonariusz FBI Jimmy Corcoran, który utrzymywał, iż na prośbę młodziutkiego wówczas kolegi z Biura, właśnie J. Edgara Hoovera, wyciszył w policji stanowej jego sprawę, po zatrzymaniu go za seksualne molestowanie nastolatka w pociągu do Nowego Orleanu. Z kolei Don Smith, oficer policji w Los Angeles powiedział w rozmowie z dziennikarzem, że przesłuchiwani przezeń w 1969 roku w aferze pedofilskiej nastoletni prostytuujący się chłopcy zeznali, iż wśród ich klientów byli przebywający w Kalifornii na wakacjach Hoover i Tolson. Homoseksualizm Hoovera zasugerował nawet, w 1993 roku, prezydent Bill Clinton. Najistotniejszym jednak świadectwem wydaje się być to pochodzące od Monteen de Ruffin, żony znanego waszyngtońskiego psychiatry, Marshalla de Ruffina. Wyznał on jej, że zgłosił się niego Hoover, „mający poważny problem ze swoją seksualnością”. Później ujawnił małżonce, że szef FBI jest zadeklarowanym homoseksualistą. Po kilku sesjach z pacjentem powiedział jej z kolei, iż ten „panicznie boi się tego, że ktoś to odkryje”, toteż, aby odsunąć od siebie podejrzenia, „zamierza demaskować i tępić innych homoseksualistów”. I istotnie tak się stało, ponieważ Hoover polecił swoim agentom infiltrować ich środowisko, a także grupy walczące o równouprawnienie gejów oraz prostytutki, transwestytów i osoby uzależnione od pornografii, a sam wielokrotnie mówił publicznie o „seksualnych dewiantach”, prezentując siebie – jak wyżej wspomniałem – jako symbol seksualnej „normalności” i moralności.

     Amerykański profesor psychiatrii Harold Lief twierdził, że Hoover miał na tle swojej seksualności zaburzenia osobowości o charakterze narcystycznym, z elementami obsesji i paranoi, przejawiającymi się nadmierną podejrzliwością i sadyzmem.

     Z kolei pracujący w Stanach Zjednoczonych, a specjalizujący się w badaniach nad tożsamością seksualną i biologią płci, nowozelandzki profesor psychologii John Money, mając na uwadze osobowość i życie byłego szefa FBI, wprowadził do nauki jednostkę zwaną zespołem Hoovera. Jest to przypadłość osób cierpiących na problemy z własną seksualnością, które powodują u nich wrogość, a nawet nienawiść do innych ludzi. Sami pozują na autorytety i wzorce moralnej doskonałości, a ukrywając skrzętnie swoją seksualność, zwalczają u innych wszelkie jej przejawy, które nazywają rozwiązłymi. Zespół Hoovera dotyczy zatem w szczególności osób, które mają wpływ na życie innych, a więc przede wszystkim polityków i duchownych. Osoby takie, aby radzić sobie ze swoją nietypową seksualnością, mają nieustanną potrzebę niszczenia ludzi, w tym właśnie ze względu na ich płeć i seksualność.



     Teraz mogę już przejść do Kaczyńskiego oraz tego, co, między innymi, plecie na swoich „spotkaniach ze społeczeństwem”. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że miał on przez całe życie problemy ze swoją seksualnością i jej akceptacją, o czym bliżej w dalszej części. Jednocześnie na co dzień dostarcza wystarczającą ilość dowodów na to, aby dopatrzeć się u niego przejawów narcyzmu, obsesji i paranoi (por. wspomniany wyżej prof. Lief).

     Tu odwołam się do jednego z moich felietonów sprzed lat („Paranoja jest goła”, październik 2010). Przywołałem w nim słynną książkę dwóch wybitnych amerykańskich ekspertów, profesorów Roberta S. Robinsa i Jerrolda M. Posta, „Political Paranoia. The Psychopolitics of Hatred”, co tłumaczy się jako „Paranoja polityczna. Psychopolityka nienawiści” (Yale University Press, 1997). Autorzy wyliczają w niej objawy, które wykazują w działalności politycznej osobowości paranoiczne. Oto one (kursywą, podkreślone), wraz z przykładami odnoszącymi się do prezesa (pojedynczymi, ale można je przecież mnożyć w nieskończoność):

     - Paranoik święcie wierzy w determinujące bieg historii spiski. Kaczyński jest przekonany, że jego brat poległ w zamachu, w rezultacie spisku uknutego przeciwko niemu przez ówczesnych premierów Polski i Rosji, w którym maczały również palce inne osoby (m. in. ówczesny prezydent RP czy „mordy zdradzieckie”, ergo posłowie obecnej opozycji).
- Paranoik zna z góry „prawdę” i nagina fakty, szukając jej potwierdzenia. Jest w tym celu pochłonięty wyjaśnianiem rozmaitych wydarzeń. Tu wystarczy przywołać skandaliczne i jednocześnie żenujące działania Macierewicza i jego podkomisji oraz powtarzane za nimi przez prezesa rozmaite rzekome przyczyny tragedii smoleńskiej.
- Paranoik nie ma przeciwników, oponentów, rywali. Ma wyłącznie wyimaginowanych wrogów i dąży do ich zniszczenia. Tak właśnie traktuje Kaczyński polityków spoza własnego obozu, oskarżając ich całkowicie bezpodstawnie o nienawiść do Polski, niemieckość, prorosyjskość, a nawet o zdradę państwa.
- Nie potrafiąc się podporządkować woli innych, ani akceptować kompromisów, paranoik znajduje się w stanie nieustannej wojny, którą sam wywołuje. W politycznej karierze prezesa było ich mnóstwo. Otwiera je rozpętana za jego namową przez Lecha Wałęsę tzw. „wojna na górze”, a zamyka wojna trwająca obecnie.
- Paranoik jest nieufny nawet wobec ludzi lojalnych, życzliwych mu, czy darzących go przyjaźnią. Podejrzewa ich o knucie przeciwko niemu, albo wręcz o zdradę. Pokazały to działania Kaczyńskiego, podjęte niegdyś wobec Elżbiety Jakubiak, Joanny Kluzik-Rostkowskiej, Marka Migalskiego i Pawła Poncyliusza.
- Paranoik jest przekonanym o swojej wielkości narcyzem, przecenia własne znaczenie. Uważa, że tylko on ma rację, nie dopuszcza różnicy zdań. Niedawne prezesowskie: „Tak naprawdę to nie ma na świecie ludzi dużo mądrzejszych niż ja” jest modelowym wręcz potwierdzeniem tej diagnozy.
- Paranoik jest przewrażliwiony na punkcie swoich niepowodzeń. Kaczyński nie potrafił się pogodzić z wyborczą porażką w roku 2010, czemu dawał wyraz choćby przez odmowę współdziałania z Bronisławem Komorowskim, który go pokonał. Ogłosił nawet publicznie, że nie poda prezydentowi ręki.
- Paranoik wyolbrzymia zdarzenia i wypowiedzi innych, dopatrując się w nich ataków. Długo przeżywa doznane przykrości, na ogół wyimaginowane. Nie potrafi wybaczać ich sprawcom, na których szuka pomsty. Nieustanne międlenie przez prezesa tego, co określa jako przemysł pogardy wobec swojego brata, czy oskarżanie krytyków tego ostatniego o współsprawstwo w „zamachu” smoleńskim oraz kierowanie pod ich adresem obelg i gróźb, stanowią znakomite tego przykłady.

     Wystąpienia Kaczyńskiego podczas jego wojaży po kraju potwierdzają przy tym ewidentnie, że jego obsesje mają podłoże seksualne, a konkretnie, wynikają z jego problemów z własną seksualnością (nie musi to być wyłącznie homoseksualizm). Polska znajduje się w niezmiernie trudnej sytuacji. Wojna za jej wschodnią granicą, zrujnowana opinia na arenie międzynarodowej, fatalne relacje z Unią Europejską skutkujące blokadą europejskich funduszy, wysoka inflacja i galopujące ceny, zrujnowane finanse państwa, to tylko niektóre przykłady poważnych kłopotów, o których powinien mówić ktoś, kto de facto jest w kraju tą osobą, od której zależy niemalże wszystko, bez zgody której nie podejmują decyzji ani marionetkowy prezydent, ani marionetkowy premier, ani marionetkowa większość parlamentarna, ani marionetkowy pseudotrybunał Przyłębskiej. Tymczasem o czym mówi prezes? Atakuje kobiety, osoby LGTB, bredzi o dwunastoletnich lesbijkach, drwi z osób transpłciowych i majaczy o „moralnej zgniliźnie”, eksportowanej do Polski przez „zdeprawowany Zachód”. Są to klasyczne wręcz przejawy zespołu Hoovera.

     Nie znam żadnych argumentów rozstrzygających, jakiej natury są problemy Kaczyńskiego z własną osobowością, własną seksualnością. Plotki o jego homoseksualizmie nie znalazły dotychczas wiarygodnego potwierdzenia, toteż skłonny jestem raczej przypuszczać, że cierpi on od najmłodszych lat na impotencję psychogenną, na co wskazuje jego brak jakichkolwiek osobistych relacji i doświadczeń z kobietami oraz ewidentna niechęć do nich. Jeżeli, oczywiście, pominąć pokutujący wciąż u niego, a pachnący już dzisiaj naftaliną zwyczaj całowania ich w rękę, co zapewne ma tę niechęć maskować.

     I takim właśnie jawi się on w moim opowiadaniu „Allah akbar”. Jak wspomniałem na wstępie, liczy ono sobie już jedenaście lat, toteż musiałem je w pewnych fragmentach uaktualnić. O ile bohaterami oryginału byli, obok samego prezesa, jego ówczesny rzecznik Adam Hofman, Allah i Mahomet, o tyle Hofmana zastąpił obecnie Radosław Fogiel (chociaż rzecznikiem już nie jest). Uaktualnić musiałem również niektóre sceny, monologi i dialogi, a konkretnie te z domu Kaczyńskiego oraz sprzed warszawskiego hotelu Mariott i tamtejszego Dworca Centralnego. Te z pałacu Allaha pozostały, poza jednym uzupełnieniem, bez zmian.

     Po powyższych poważnych rozważaniach proponuję moje opowiadanie, mając nadzieję, że wyobraźnia czytelników sprawi, iż czytając ten satyryczny utworek będą odnosić wrażenie, że oglądają filmową komedię.

down under


         ALLAH AKBAR
(remake)

        Motto:

 Z pokoiku wyszedł Zdzisio,
Gdzie do Lidki się sposobił,
I do Stasia mówi cicho:
- Stachu... Stachu...
- Co?!
- Jak to się robi?
(„Starych ni ma, chata wolna”, z repertuaru kabaretu Tey)


     Przewracał się z boku na bok, ale sen nie nadchodził. Mimo tytanicznych wysiłków tyrającej w pocie czoła policji, we wszystkich miejscowościach, które odwiedzał, docierały do niego okrzyki „będziesz siedział!” i ta przerażająca go, a pojawiająca się każdej nocy wizja, nie pozwalała mu zapaść w objęcia Morfeusza, jedyne, oprócz tych mamusi świętej pamięci, w które do tej pory w swoim długim życiu zapadał. W dodatku, gdy tylko przymykał oczy, pod powiekami ukazywał mu się Tusk w roli premiera, a to sprawiało, że z panicznego strachu oblewał go zimny pot. Fatalne samopoczucie pogarszał jeszcze pozbawiony zupełnie poczucia humoru suweren, który, poza partyjnym aktywem, nie pojmował jego pysznych dowcipasów o kobietach dających sobie w szyję he, he, he, o zmianie Władzia w Zosię i odwrotnie, he, he, he, o dwunastoletnich lesbijkach, he, he, he, czy też o „tranwers... jak to jest?”, he, he, he. A te zapowiadające nieszczęście sondaże? Siła złego na jednego. Próbował odpędzić koszmarne myśli, ale przeszkadzały mu w tym wwiercające się w uszy, irytujące go odgłosy dobiegające z legowiska Czarusia i Fiony.

     – Czaruś, daj spokój Fionie! Nie będziesz mi przemycał do mojego domu kulturalnej obcości i uprawiał w nim zgniłych obyczajów Zachodu! No i spać mi nie dajecie! – wykrzyczał w ciemność.

     Koty, wyraźnie niezadowolone z tej reprymendy, chwilę jeszcze pomruczały, po czym zapanowała błoga cisza. Nakrył głowę kołdrą, jednak zasnąć wciąż nie mógł. Poddał się, zapalił nocną lampkę i sięgnął na półkę z ulubionymi bajkami. Trafił na „Baśnie tysiąca i jednej nocy”, po czym zagłębił się w lekturze. Nagle usiadł gwałtownie i palnął dłonią w czoło.

     – Mam! No oczywiście! Że też wcześniej na to nie wpadłem! – sięgnął po telefon.

     Kiedy ochrona wprowadziła do sypialni zaspanego Fogla, ten spojrzał na niego zdumiony.

     – Co się stało? Dlaczego pan prezes... W dodatku tak po nocy...




     – Uczyłeś się przecież na piekarza, nie? No to nie marudź. Powinieneś być przyzwyczajony – przerwał mu opryskliwie, podając prześcieradło oraz ręcznik. – Tym się owiń, a z tego turban sobie zrób i jedziemy.

     – Jedziemy? Dokąd?

     – Na ulice Warszawy, do narodu, w głos jego się wsłuchać.

     – Ale dlaczego w tym? – Fogiel niezdarnie zawijał sobie na głowie ręcznik.

     – O Harunie al-Raszidzie słyszałeś?

     – Coś mi się kojarzy, jakiś szejk chyba. Z Al-Kaidy, czy coś takiego.

     – Żaden szejk. Z żadnej Al-Kaidy, nieuku. Kalif. Władca imperium arabskiego na przełomie ósmego i dziewiątego wieku – rzucił niedbale oczytany w „Baśniach” prezes. – Wraz ze swoim wiernym wezyrem chodził nocami po Bagdadzie i podpytywali lud, co sądzi o jego rządach. Wiesz, takie badanie opinii publicznej. No więc my zrobimy to samo, rozumiesz?

     – Aha, rozumiem, ale dlaczego ja? Dlaczego nie Bochenek? Przecież to on jest teraz rzecznikiem.

     – Oj, jakiś ty głupi. To proste, ja będę kalifem, a ty wiernym wezyrem. Z tą brodą jak raz na Araba wyglądasz, a ja sobie dokleję. Przecież znasz tę gładką i okrągłą jak księżyc w pełni gębę Bochenka. Jeszcze mi się podczas tych moich dzisiejszych spotkań z narodem w Zosię zmieni, he, he, he.

     – Ha, ha, ha – zarechotał usłużnie Fogiel, waląc się z udawanej uciechy dłońmi po udach. – Pan prezes, jak już coś powie, to można boki zrywać. Ale swoją drogą – zebrał się na odwagę – to powołanie na moje miejsce kogoś o takim nazwisku było z pana strony trochę złośliwe.

     – Nie twoja rzecz. A w ogóle to się zamknij i już nie odzywaj, bo zwykle bredzisz jak potłuczony i tym swoim gadaniem wszystko psujesz. Myślisz, że wywaliłem cię ot, tak sobie? Masz milczeć i tylko spisywać nazwiska i adresy. Koniec gołosłownej propagandy, czas na głos żywych ludzi. Wybory niedaleko, a tym właśnie głosem przygwoździmy totalną. Jedziemy pod Centralny, tam przecież zjeżdża się cała Polska.

     – Jak to tak? Bez ochrony? Bez policji? – Fogiel był przerażony, ponieważ przyszło mu do głowy, że przy prezesie może i on sam oberwać.

     – Zwariowałeś? Nikt mnie nie pozna, więc nie mam powodów bać się suwerena. A poza tym kto nam przy mili..., to znaczy przy policjantach prawdę powie. Zresztą Harun al-Raszid i jego wierny wezyr też sami po Bagdadzie krążyli i żadna krzywda im się nie stała.

     Kierowca prezesa podwiózł ich w pobliże Marriotta. Ledwie zdążyli wysiąść, kiedy podeszła do nich skąpo odziana, ale za to dobrze zbudowana, piersiasta blondyna, z ostrym makijażem na twarzy.




     – Aszhadu an la illaha ill Allah ła aszhadu anna Muhammadan abduhu ła rasul’ullah – przywitał ją prezes. Fogiel spojrzał na niego z mieszaniną zdziwienia i podziwu, ale posłusznie milczał.

     – Halo bojs. Hał du ju du? Ar ju stajing hija? – wskazała głową hotel. – Ar łi going tu jur plejs or tu majn?

     – Eee... Aj dont anderstent – wyjąkał prezes. Przypomniał sobie jednak natychmiast swoją identyczną, niezdarną odpowiedź na powitanie premiera Davida Camerona dziesięć lat wcześniej, toteż wolał już dłużej kalifa Bagdadu nie udawać.

     – Eee... Proszę? – dodał szybko.

     – O, mówicie po polsku. Mieszkacie w Marriotcie? Idziemy do was, czy jedziemy do mnie? – dama nieciężkich obyczajów również czuła się pewniej w rodzimym języku.

     – Jedziemy? A po co? – prezes wyglądał skonfundowanego.

     – Jak to po co? Na balecik – wykonała znaczący ruch biodrami i zafalowała wyzywająco obfitym biustem.

     – Eee... Nie, dziękujemy... Eee... My... my nie tego... – prezes oblał się rumieńcem.

     – Rozumiem, to ja zadzwonię po koleżankę – wyciągnęła z torebki telefon.

     – Panie prezesie, a może by tak... – Fogiel zniżył głos, ale natknął się na wzrok prezesa i zamilkł.

     – Eee... Nie... my... my... – ten wzbraniał się niezgrabnie.

     – Geje, co? – spojrzała na nich z niechęcią.

     – Nie, skądże znowu – prezes zarumienił się ponownie. – Myśmy tylko chcieli, eee... chcieliśmy zapytać, jak się pani żyje w tym kraju i dzięki komu tak dobrze.

     – Cooo? Co wy, kurwa, Centrum Badania Opinii Społecznej? A poszli mi stąd, wypad, tu się pracuje – oddaliła się pospiesznie, a oni, owinąwszy się ciaśniej prześcieradłami, powędrowali w noc, w kierunku Centralnego.

     Z dworcowej hali wytaczała się właśnie grupa młodych ludzi w biało-czerwono-zielonych szalikach, śpiewających fałszywie, acz gromko: „Gdybym jeszcze raz / Miał urodzić się / Znów bym tobie Legio / Oddał życie swe!”. Wracali z wyjazdowego meczu swojej drużyny.

     – O, patrioci – ucieszył się Fogiel. Prezes też nie posiadał się z radości.

     – Lepiej nie mogliśmy trafić. No, to do dzieła. Tylko pamiętaj, gęba na kłódkę, wyłącznie nazwiska i adresy. Głos żywych ludzi nam potrzebny.

     Podeszli do kibiców.

     – Dobry wieczór panom – prezes skłonił się uprzejmie. – Jak humory po meczu? Wygraliśmy oczywiście.

     – A ty co, ciapaty? W ryja chcesz? Wypierdalaj – jeden z zagadniętych najwyraźniej nie znajdował się w promiennym nastroju.

     – No co też pan. Porozmawiać chciałem. Fajne szaliki. I piosenka też fajna, taka patriotyczna – prezes sprawiał wrażenie nieco speszonego, ale postanowił przejść do porządku nad szorstkim raczej tonem głosu kibica.

     – Porozmawiać? A o czym, kurwa, ja mam z tobą gadać, szmatogłowy? – zainteresował się młody człowiek, nadal bez przesadnej kurtuazji.

     – No, na przykład, jak wam się żyje w tym kraju i dzięki komu tak dobrze – prezes wciąż udawał, że nie dopatruje się u swojego interlokutora braku taktu.

     Ten nie zdążył zareagować, gdyż daleko posuniętą przezornością wykazał się inny kibic.

     – Uważaj Lutek, to prowokacja jakaś, kurwa, jest. Nasłani są, może z Al-Kaidy – podsunął ostrzegawczo koledze.

     – Ożesz ty, kurwa, nasłani? Gadaj kozojebco, z Al-Kaidy jesteście? – rozmówca prezesa zatrząsł się z patriotycznego oburzenia.

     – Ależ skąd, panowie, my rodacy, tak się tylko przebraliśmy, dla niepoznaki – ten poczuł, że zaczyna się pocić, a grunt usuwa mu się spod nóg.

     – Dla niepoznaki się przebrali, kurwa ich mać. Nie mówiłem Lutek, że to prowokacja? Pewnie Tusk ich nasłał, albo ta cała Unia Europejska czy inne szwaby.

     – Jakie szwaby? Jaka Unia? Jaki Tusk? O, pamiętacie? „Donald, matole, twój rząd obalą kibole”, he, he, he – prezes gorączkowo usiłował wkraść się w łaski przedstawicieli suwerena. – Przyjrzyjcie mi się, to przecież ja – zdesperowany i coraz bardziej przerażony zaczął odklejać brodę i odwijać z głowy ręcznik.

     – Nie słuchaj Lutek. W ryja go! I pod obcasy! A ja tamtego! – Lutek spełnił życzenie kolegi niezwłocznie i prezesa ogarnęła ciemność.

     Trwała czas jakiś, po czym nagle spłynęła na niego światłość, a wraz z nią dosiadający rosłego wielbłąda jeździec w białym burnusie i takiej samej kefiji na głowie.

     – No, wystarczy tego wylegiwania się, bracie. Wstawaj. Jedziemy.

     – Dokąd?

     – Do Raju.

     – Cooo? Do Raju? Czy to znaczy, że ja nie żyję?

     – W rzeczy samej. Po żywego bym się przecież nie fatygował.

     Prezes dźwignął się ostrożnie z ziemi, spostrzegając jednocześnie leżącego nieruchomo w kałuży krwi Fogla.

     – A on?

     – Żyje, chociaż stan ciężki. Ale karetka w drodze. No, dość tego gadania. Jedziemy – wciągnął go na wielbłąda i oderwali się od ziemi.

     Było to bardzo szybkie bydlę, ponieważ w mgnieniu oka znaleźli się u bram prowadzących do wielkiego, nieziemskiej urody parku, w głębi którego stał wspaniały pałac. Jeździec skropił prezesa wonnościami i pouczył:

     – Zaraz staniesz przed obliczem Allaha, który zadecyduje o twoim dalszym losie. Aha, ten gość obok niego, to prorok Mahomet. Allah bardzo go sobie ceni, więc lepiej mu się nie narażaj.



     Weszli do pałacu i jeździec poprowadził prezesa do ogromnej komnaty, w której na złotym, wysadzanym szlachetnymi kamieniami tronie zasiadał siwobrody starzec, przyodziany w białą szatę i takiej samej barwy turban. Nieopodal, na miękkiej pufie siedział rumiany grubasek, w szacie barwnej, gęsto przetykanej klejnotami. Pulchnymi upierścienionymi dłońmi sięgał nieustannie do kryształowej misy z bakaliami, które łapczywie wpychał do ust. Po prawej stronie tronu usytuowane były bogato rzeźbione, hebanowe drzwi, a na nich srebrna tabliczka z napisem „Dżannah”. Czarna tabliczka na skromnych, nieheblowanych drzwiach po stronie lewej informowała: „Dżahannam”.

     – La illaha il Allah! – zakrzyknął jeździec i runął na kolana, po czym zaczął tłuc czołem o mozaikową posadzkę.

     – Allah akbar, Allah akbar – poszedł w jego ślady prezes, ciesząc się w duchu z tego, że „Baśnie tysiąca i jednej nocy” stanowiły jego ulubioną lekturę.

     - Powstańcie bracia – rozkazał Allah, po czym odprawił jeźdźca gestem ręki. – Ty zaś podejdź bliżej.

     Przez dłuższą chwilę trwała cisza, zakłócana mlaskaniem proroka, wciąż bezwstydnie obżerającego się bakaliami. Z nawyku mlaskał również prezes, toteż Mahomet popatrywał na niego koso podejrzewając, że ten go przedrzeźnia.

     – Niedobre życie wiodłeś, bracie – odezwał się wreszcie Allah, a on poczuł przebiegający przez jego kręgosłup zimny dreszcz. – Bardzo niedobre. Pełne fałszu i obłudy. Nienawiścią się w nim kierowałeś, kłamstwem. I żądzą władzy grzeszną, chociaż jej sprawować nie potrafiłeś. Powinniśmy cię w otchłań piekielną strącić na potępienie wieczne, ale nie uczynimy tego, boś winy swoje odkupił.

     – Ja? A czym? – zainteresował się prezes, ponieważ żaden akt odkupienia nie przychodził mu jakoś do głowy.

     – Nie przerywaj, bracie, kiedy Allah mówi – ostro przywołał go do porządku Mahomet. – W jego obecności wolno ci tylko słuchać i odpowiadać na pytania.

     – Wybacz mu, bracie – załagodził sytuację Allah. – Nowy jest, nie zna jeszcze obyczajów naszych. Odpowiemy mu. Otóż odkupiłeś przewinienia swoje śmiercią męczeńską z rąk giaurów.

     – Ja? – prezes zapomniał się ponownie, prorok syknął niecierpliwie, jednak Allah uspokoił go gestem dłoni. – Ja? To jakaś pomyłka. To brat mój, bliźniak, w dokonanym na niego zamachu poległ męczeńską, a przy tym bohaterską śmiercią na polu chwały Katynia 2010.

     – Nie jest nam znany ani brat twój bliźniak, ani okoliczności śmierci jego. Nie ma go wszelako wśród nas, więc mylisz się zapewne. Ty zaś jesteś tutaj, boś życie za wiarę oddał, a wydarli ci je niewierni. Wprawdzie za wiarę w siebie jedynie i troszeczkę też w Błaszczaka, ale lepsza taka, niż żadna. Na nagrodę zatem zasłużyłeś. Mahomecie, bracie mój... – skinął na tamtego.

     Prorok podniósł się niechętnie z pufy, złożył Allahowi głęboki ukłon, po czym ujął prezesa pod ramię, ten zaś podreptał z nim posłusznie, chociaż zdawał się być nieco zaniepokojony. Mahomet poprowadził go do drzwi z napisem „Dżannah” i uchylił je. Rozścielał się za nimi ogród wspaniały, kwiecia pachnącego pełen i drzew owocami brzemiennych, wśród których, przy dyskretnych dźwiękach lutni, kusząco pląsał tłumek nagich, nadzwyczaj seksownych panienek. Inne, równie ponętne, wylegiwały się w licznych ogrodowych altanach.




     – To nasze hurysy, bracie, zawsze dziewice. Niezłe laski, co? – prorok pochylił się konfidencjonalnie do prezesowskiego ucha, ale zaraz spoważniał. – Niezależnie od tego, ile razy spać z nimi będziesz, cnotliwymi pozostaną. Masz prawo do siedemdziesięciu dwóch. Wybieraj.

     Prezes, nie tylko nie okazał zainteresowania, ale nawet, po raz trzeci tej nocy, oblał się rumieńcem i skromnie spuścił oczy.

     – Eee... Ja...

     – Co?

     – Eee... Wolałbym nie. Eee.. Ale przecież mogę czymś innym się zająć. Na przykład... Eee... O, może w ogrodzie coś... Trawniki strzyc, kwiatki podlewać, owoce zrywać... Umiem też konfitury usmażyć, kompot ugotować...

     – No co ty, bracie. To są ich zajęcia – prorok wskazał na hurysy. – Wybieraj, nie będziemy tu tak sterczeć w nieskończoność.

     – Eee... Ja tego... Ja nie potrafię.

     – Co znaczy – nie potrafię?

     – No... Nie tego... Nie umiem.

     – Czego nie umiesz?

     – No... Tego... – prezes wyglądał na coraz bardziej zmieszanego.

     – Cooo? – Mahomet nie umiał ukryć zdumienia. – Na Allaha, chwała niech będzie Panu, jakżeś ty się uchował, bracie?

     – Eee... No, jakoś tak wyszło.

     – Żadna ci się nie trafiła, bracie? Nigdy?

     Prezes pokręcił tylko głową, ale nagle ożywił się.

     – Po prawdzie była taka jedna niedawno. To znaczy stosunkowo, przepraszam za wyrażenie, niedawno. Jola Szczypińska, nasza posłanka. Szalała za mną. Do tego stopnia nawet, że ciasteczka mi piekła i przynosiła na Nowogrodzką.

     – Ciasteczka, powiadasz... Hmmm... I nigdy cię nie skusiło? No wiesz...

     – Eee... Jakoś nie. Wie Mahomet, dla mnie najważniejsza jest Polska. Zresztą ta Jola którejś nocy poszła w tango z księdzem i różą w zębach, potem w hotelu poselskim wylądowali, no i sam prorok rozumie.

     – Rozumiem, zostałeś zdradzony o świcie.

     –Taaa – posmutniał prezes, ale chciał jakoś zatrzeć złe wrażenie. – O, jeszcze coś. Miałem takie odkrycie towarzyskie.

     – Też niewiasta?

     – Bardzo światła niewiasta. Prawie jak ja i też jest prezesem.

     – I co? Też nic?

     – Nie, nie, to naprawdę tylko moje odkrycie towarzyskie było. Fakt, że ważniejsze od Szczypińskiej, bo tamta jedynie te ciasteczka, a ta gotuje, że palce lizać. Jakie schabowe, jaki bigos, a pierogi, chociaż ruskie, mmm – prezes pogładził się po wydatnym brzuchu. W każdym razie ja nigdy nie... Eee... Nie tego... I naprawdę nie umiem – zakończył desperacko.

     – Hmmm... Przykra sprawa. Nie przejmuj się jednak. To znowu nie taka wielka sztuka, a one – Mahomet kiwnął głową w kierunku dziewic – naprawdę potrafią grać w te klocki. Nauczą cię.

     – Eee... Nie... Dziękuję, jednak wolę nie.

     – No cóż, jak sobie życzysz, bracie, ale wobec tego co my mamy z tobą zrobić? Nie możesz tu zostać bez hurys.

     – Allah wspominał, że piekło jakieś macie.

     – Owszem – prorok wskazał na drzwi z napisem „Dżahannam” – ale nie polecałbym. Warunki dość surowe tam panują.

     – Nie szkodzi. Może jakoś sobie poradzę. Ale czy mógłbym poprosić o szczegóły?

     – Naturalnie. No więc upał straszliwy, bo ogień piekielny płonie nieustannie. Poza tym bijące pioruny, wrzątek, gorąca smoła, węże, skorpiony, pająki jadowite, smaganie kijami i łańcuchami, łamanie kołem i maczugą, kolce za paznokcie, jaja w imadło... Wyliczać dalej, bracie? Łącznie to około siedemdziesięciu rodzajów tortur.




     – Jaja w imadło? Skorpiony i pająki? Smoła gorąca? Eee... Nie... W takim razie wolę nie... – prezes wygladał na przerażonego. – O, a może czyściec?

     – Nie prowadzimy, niestety. Więc na co w końcu się decydujesz, bracie?

     – Eee... Sam nie wiem... Zaraz, zaraz, a transfer nie jest możliwy?

     – Transfer?

     – No, do innego Raju, chrześcijańskiego na przykład. Bo ja to tutaj naprawdę przez pomyłkę. Ja Polak jestem i katolik – ożywił się ponownie. – O moim czcigodnym beneficjencie, ojcu Rydzyku Mahomet musiał przecież słyszeć.

     – Nie, nie słyszałem. Kto to taki? Prorok jakiś?

     – Wielki prorok, a nawet święty. Z niepokalanego poczęcia naszej byłej posłanki z Torunia, Anny Sobeckiej zrodzony.

     – Też nie słyszałem, a czyj to duch na nią zstąpił?

     – Mikołaja Kopernika, wie Mahomet, tego, co to wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię.

     – Obiło mi się o uszy, ale to był plagiator, ponieważ przed nim Allah był to uczynił.

     – Być może – prezes wolał uniknąć sporu w tak drażliwej sprawie. – W każdym razie ten Kopernik w Toruniu się urodził. Po kilku stuleciach duch jego z odwiedzinami w rodzinne strony wstąpił, no i zstąpił przy okazji na Sobecką. Ta, wraz z mężem Witoldem, udała się brzemienna na osiołku do Olkusza, gdzie w jednej z tamtejszych szopek powiła na sianku dziecię, sześć lat od niej starsze zresztą, i dała mu imię Rydzyk. Razem wysłuchali kilku pieśni w wykonaniu chóru miejscowych pastuszków, przyjęli stosowne upominki od przejeżdżających akurat przez Olkusz trzech koronowanych głów, po czym powrócili do Torunia i po dzień dzisiejszy tam mieszkają, a Rydzyk cuda swoje czyni.

     – Sześć lat starsze, powiadasz. No tak, my, prorocy, nie takie cuda czynić potrafimy. Ale z tym transferem to nie da rady, bracie. Skoro już do nas trafiłeś, musisz tu zostać. Konwencję podpisaliśmy. Oni prosili. Boją się, że jak im kogoś podeślemy i opowie tam, jak jest tutaj, wszyscy mężczyźni im do nas zwieją – spojrzał na prezesa w zamyśleniu. – No, może nie wszyscy, ale prawie. Zresztą nam to też jest na rękę. Nie chcemy, aby nasze dziewice stały się towarem reglamentowanym. Wybieraj zatem, one, czy Dżahannam?

     – Nieee!!! Nieee!!!

     – Panie prezesie, panie prezesie, co się dzieje? – nad łóżkiem pochylał się zatroskany ochroniarz. – Całą kołderkę pan skopał. O, i koszulka nocna mokra, i prześcieradełko też, a fe, znowu pan zapomniał pampersika założyć. Ale cóż to tak wystraszyło naszego prezesunia kochanego? Przecież nic mu nie grozi. Bezpieczny jest, jak u świętej pamięci mamusi za piecem. Tu, w środku czuwa nas dwunastu, nie licząc przygotowującej prezesowi śniadanko pani magister Przyłębskiej. Na niebie krążą dwa Black Hawki z antyterrorystami na pokładach, sześć dronów rozpoznawczo-bojowych Bayraktar, rzecz jasna wszystkie uzbrojone, oraz myśliwiec F-16. Za domem ulokowana jest bateria Patriotów z obsługą, a wokół domu rozpościerają się pola minowe. Najbliższą okolicę patroluje uzbrojony po zęby pluton policjantów pieszych, a ponadto ośmiu dalszych na motocyklach, sześciu na koniach i cztery radiowozy z załogami. Przed domem stoi również nowiuteńki południowokoreański czołg K2, armatka wodna Tajfun IV, a nawet sam komendant główny policji, wyposażony w granatnik przeciwpancerny RGW-90. Poza tym, obok nich, w pełnej gotowości czekają dwa zastępy straży pożarnej w specjalistycznych pojazdach i ambulans. No już, już, nie boimy się, nie boimy – uspokajająco głaskał prezesa po zroszonym potem czole.

     Ten usiadł, wciąż drżąc z przerażenia. Za oknem bielał świt. Na nocnym stoliku nadal paliła się lampka, a na podłodze obok łóżka leżały otwarte „Baśnie tysiąca i jednej nocy”.

(Melbourne, wrzesień 2011; aktualizacja grudzień 2022)

        






 


 
   





Przeczytałeś? Zgadzasz się poglądem autora? Uważasz, że warto by i inni przeczytali?
Kliknij w poniższy przycisk.


wtorek, 19 kwietnia 2022

WNIEBOWZIĘCI

GDAŃSK-OPOLE-MELBOURNE  -  Rok XI  -  Nr 21 (1343)











      
życie to kabaret


Czasami człowiek musi, inaczej się udusi.
Jerzy Stuhr 




     Poniższe opowiadanie z gatunku political fiction napisałem i opublikowałem w sierpniu 2011 roku. Od tamtej pory Antoni Macierewicz snuł z uporem maniaka swoje fantasmagorie o „zamachu smoleńskim”, a Jarosław Kaczyński „dochodził do prawdy”. W końcu pojął, że tylko się ośmiesza, usunął więc obłąkańca ze stanowiska ministra obrony narodowej, a później kazał mu się zamknąć i w ogóle iść do diabła. Ten musiał posłuchać, ale czekał na stosowną okazję. No i doczekał się. Agresja rosyjska na Ukrainę spowodowała, że Kaczyński nagle „doszedł” i spuścił Macierewicza ze smyczy. Pod hasłem: „skoro Putin każe mordować Ukraińców, musiał również kazać zamordować Lecha Kaczyńskiego”, obydwaj paranoicy polityczni powrócili do swoich majaków i ponownie zatruwają nimi społeczeństwo. Nie zraża ich to nawet, że kontrolowana przez „dobrą zmianę” prokuratura ani myśli macierewiczowych bredni potwierdzać. Nie zrażają się pytaniami o to, dlaczego w takim razie rosyjski ambasador nie został wydalony z Warszawy, dlaczego nie zerwane zostały stosunki dyplomatyczne z Rosją i dlaczego sprawy rzekomego zamachu nie rozpatrują jeszcze międzynarodowe trybunały. Nie potrafią nawet odpowiedzieć sensownie na pytanie, dlaczego tzw. „raport” podkomisji Macierewicza, który nosi datę 10 sierpnia 2021 roku, a którego publikację wstrzymywał aż do teraz Kaczyński, został nagle opublikowany. Pisowskie marionetki polityczne, z tymi na posadach prezydenta i premiera na czele, które wzorem pociągającego ich za sznurki prezesa długo wstydliwie o urojeniach Macierewicza milczały, obecnie kompromitują się przybierając grobowe miny i zgodnym chórem krzycząc: „dzisiaj już wszyscy wiemy...”. Antoni Macierewicz uważa, że jest groźny, a jest tylko śmieszny. I takim właśnie chciałbym go moim czytelnikom przypomnieć w tym opowiadaniu sprzed prawie jedenastu lat. Ponieważ od tamtego czasu nic się nie zmieniło.




WNIEBOWZIĘCI

(Melbourne, sierpień 2011)


    
Zniknęły jaskółki, na niebie pojawiły się pierwsze klucze bocianów, spracowani kmiecie pros­towali obolałe po żniwach grzbiety, a znaki te świadczyły niezbicie, że nadchodzi wrzesień. Nie­chęt­nie uświa­damiała to sobie dziatwa i młódź szkolna, ale zwłaszcza Antoni Macierewicz, który na ten właśnie miesiąc zapowie­dział opublikowanie ostatniej części swojej białej księgi, a w niej przedsta­wienie osta­tecznego i nie­od­wo­łalnego sposobu dokonania zbrodni smoleńskiej. Czas płynął, a on miał w głowie pustkę. W ciągu minionych miesięcy podsu­nął narodowi szereg efektow­nych pomysłów, a głupi na­ród nic. Nie chwyciła sztuczna mgła, impuls magnetyczny, bomby – kon­wen­cjonalna i próżniowa, ro­zerwanie się sa­molotu w po­wietrzu, wyciek paliwa w rezultacie sabotażu, wystrzelanie pasażerów, ich wywózka na Sy­bir. Ba, nawet enigmatyczne obezwładnienie maszyny na piętnastym metrze oraz dwa wielkie wstrząsy zostały przyjęte z dużą rezerwą.

     – Czego oni właściwie chcą, do kurwy nędzy – zaklął z wściekłości. – Uderze­nia nuklear­nego?
     – Zjadłbyś co Antoś, czas już spać, a ty nic dzisiaj w ustach nie miałeś – żona podsunęła mu ta­lerz.
     – Zabierz to, dekoncentruje mnie, przeszkadza mi w myśleniu.
     – Oj Antoś, Antoś, wciąż tylko ten Smoleńsk i Smoleńsk, co?
     – Nie męcz mnie kobieto, nic ze mnie nie wyciągniesz, tajemnica państwowa.
     – No co ty, Antoś, przede mną tajemnice państwowe masz?
     – Zwłaszcza przed tobą. Jestem tak zajęty, że nawet cię zlustrować nie zdążyłem. Skąd mam wiedzieć coś za jedna. Duchem Świętym nie jestem. Zaraz... Zaraz... Duch Święty... Duch Święty! Mam! Muszę jechać!
     – Teraz? Po nocy? Dokąd to?
     – Zjadłbyś co Antoś, czas już spać, a ty nic dzisiaj w ustach nie miałeś
– żona podsunęła mu ta­lerz.

     Nie odpowiedział, wypadł z domu, wskoczył do służbowej limuzyny i po chwili, w towa­rzystwie kierowcy i ochroniarza, gnał już na połud­nie. Po czterech godzinach ujrzał w świetle re­flektorów tablicę z napisem: Grze­chy­nia.

     Natanek nie spał. Wieczorem uzyskał informację, że arcybiskup Dziwisz jadł w os­tatni piątek na kolację kiełbasę krakowską, toteż od kilku godzin próbował się dodzwonić do nieba, żeby go zakapować. Niestety, albo było zajęte, albo pełniąca dyżur w niebiańs­kiej centrali tele­fonicznej anie­li­ca odpowiadała mu, że Szefa nie ma.

     – Kto tam? – oderwał się od telefonu, gdy rozległo się stukanie do drzwi.
     – Macierewicz – przedstawił się Macierewicz. – Antoni.
     – Ten?
     – Ten.
     – Cóż cię sprowadza, synu?
     – Sprawę mam.
     – Jaką sprawę?
     – Tajemnica państwowa, nie mogę tak przez drzwi, drzewa mają uszy
– Macierewicz ro­zejrzał się czujnie.
     – Ściany też – zauważył rezolutnie Natanek otwierając. – Wejdź, synu.
     – Szczęść Boże
– pozdrowił go Macierewicz tradycyjnym zawołaniem Radia Maryja.
     – Do rzeczy. Nie mam czasu, do nieba muszę się dodzwonić.
     – Ja właśnie w tej sprawie.
     – Znaczy w jakiej?
     – O numer telefonu chciałbym księdza poprosić.
     – A po co ci on?
     – Nie mogę, mówiłem już, tajemnica państwowa.
     – Hmmm, no nie wiem, nie wiem. Ważne to aby? Wiesz synu, nie wypada Szefowi byle, za przeproszeniem, gównem głowy zawracać.
     – Nigdy bym się nie ośmielił. To naprawdę ważne. O naszą niepodległość chodzi, o prze­trwa­nie substancji narodowej.
     – No, skoro tak... Ale jest problem, bo ty z Rydzykiem się kumasz.
     – Nic mu nie powiem. Daję słowo.
     – Na kolana i przysięgnij.
     – Przysięgam
– Macierewicz runął na kolana, a Natanek pochylił się do jego ucha.
    

        Powrót do Warszawy trwał dłużej, jako że nastał świt i stworzona w latach 2005-2007, a zruj­nowana przez obecny rząd, infrastruktura drogowa zapełniła się pojazdami mechanicznymi i kon­nymi oraz stadami pędzonej na pastwiska rogacizny. On jednak, ryzykując ży­ciem, gnał jak na skrzydłach, chociaż to nadzieja, a nie młodość mu je dodała, bowiem nie pierwszej już był. Zajechał wprost do swojego biura poselskiego, zamknął się w gabinecie, wybrał numer i po kilku sygnałach odez­wał się anielski głos:

     – Good morning. Heaven here. How can I help you?
     – Eee... Eee...
     – Do you speak English?
     – Eee... nie... eee... polski... eee... znaczy polisz.
     – Możemy więc mówić w twoim języku.
     – Bogu dzięki, to znaczy chciałem powiedzieć szczęść Boże.
     – Bóg zapłać, ale bez przesady. Zaskoczył nas, niestety, światowy kryzys finansowy, że o szwajcarskim franku nie wspomnę, toteż wydatki budżetowe ograniczamy. Więc czym mogę słu­żyć?
     – Chciałbym rozmawiać z Szefem.
     – A kto mówi?
     – Macierewicz. Antoni Macierewicz.
     – Nie znam. Co za jeden?
– z anielskiego głosu powiało chłodem.
     – Poseł z Polski. Przewodniczący poselskiego zespołu do spraw smoleńskiej zbrodni, za­machu znaczy.
     – Szefa nie ma.
     – A kiedy wraca?
     – Nie wiem, nie opowiada mi się, ale nieprędko
– głos zlodowaciał.
     – Ale ja mam ważną sprawę, bardzo ważną, najwyższej wagi. I pilną jak diabli.
     – No, no, proszę się liczyć ze słowami. A w ogóle to Szef nie tylko tę waszą Polskę ma na gło­wie. Powiedziałam, że go nie ma, to nie ma.
     – Tę waszą Polskę? Ja bardzo panią anioła przepraszam, ale za przedmurze chrześcijań­stwa to niby co robiło, jak nie ta nasza Polska? Kara Mustafę pod Wiedniem kto zatrzymał? Albo Tucha­czew­skiego pod Warszawą? A komunizm to kto w Europie obalił? Krasnoludki? A papież-Polak? Mało?
     – No dobrze już, dobrze. A o czym konkretnie chcesz z Szefem rozmawiać? Zajęty jest
– w anielskim gło­sie zabrzmiały łagodniejsze tony.
     – Tajemnica państwowa, nic więcej nie mogę powiedzieć.
     – Zobaczę, co się da zrobić. Jest jednak pewna kwestia formalna. Otóż Szef nie gada z ży­wymi we wszystkich swoich postaciach. Musisz się zdecydować na jedną z nich. Kogo mam pro­sić?
     – Ducha Świętego, jeśli łaska.
     – Proszę poczekać
– z słuchawki popłynęły dźwięki harfy, a po kilku minutach zabrzmiał ciepły tenorek.
     – Duch Święty, słucham.
     – Szczęść Boże. Macierewicz mówi. Antoni.
     – Bóg zapłać, chociaż bez przesady. Zaskoczył nas światowy kryzys finansowy, że o szwajcarskim franku nie wspomnę, i wydatki budżetowe ograniczamy. W czym mogę pomóc, sy­nu?
     – Tajemnica państwowa, nie chciałbym tak przez telefon. Na pewno nas podsłuchują.
     – Gdzie? Niby kto?
     – Oj, naiwny Duch, naiwny jak dziecko. Agenci oczywiście.
     – Tutaj? Przesadzasz, synu.
     – Przesadzam? A lustrację mieliście?
     – Lustrację? Hmmm, prawdę mówiąc nie, jakoś nie pomyśleliśmy.
     – No widzi Duch. Więc wolałbym osobiście, w cztery oczy.
     – Dobra, wyślę tam coś po ciebie, synu. Czekaj w swoim biurze.
     – Jeszcze jedno. Ponieważ wizyta będzie miała charakter, że tak powiem, zagraniczny, prezes zechce, aby była ze mną Fotyga.
     – Jaki znowu prezes?
     – No nasz, Kaczyński znaczy się, Jarosław.
     – Aaa, ten. Brat tego, co to go mamy tutaj?
     – Ten sam.
     – A ta Fotyga, to co za jedna?
     – Od spraw zagranicznych u nas jest.
     – Nie o to pytam. Bo to wiesz, synu, jest tu u nas od niedawna niejaki Casanova, a kłopo­tów z nim od, za przeproszeniem, czorta. Nic, tylko się za babami ugania, stąd też ograniczy­liśmy czasowo przyjmowanie co atrakcyjniejszych. Nie mogłaby być Sobecka? A może Szydło? Albo Kempa?
     – Zaraz, jak to od niedawna? Przecież on umarł ponad dwieście lat temu.
     – Dwieście trzynaście, ale dostał trzysta czyśćca. Właśnie wyszedł na warunkowe zwol­nie­nie.
     – Aha. Niestety, na Sobecką, Szydło czy Kempę prezes się nie zgodzi. Na sprawach mię­dzyna­ro­do­wych się nie znają. Fotyga zresztą też nie, ale o nią może być Duch spokojny. Ręczę, że Casanova uganiać się za nią nie będzie. He, he, he.
     – Rozumiem. Przepustki dla was będą na bramie
– szczęknęła odkładana słuchawka.

     Czekając na wysłannika niebios urozmaicali sobie czas dykteryjkami. Macierewicz pok­piwał z obydwu wdów Gosiewskich, z których każda chce uchodzić teraz za tę prawdziwą, a Fo­tyga, chociaż z wyczuwaną zazdrością, z erotycznych ekscesów Marty Kaczyńskiej.


     Przerwał im anioł w czerwonym kombinezonie stajni Ferrari, który wleciał nagle przez otwarte okno:

     – How are you? Let’s go. The car’s waiting for you.
     – Samochodem do nieba?
– zdziwiła się Fotyga, która wprawdzie kaleczyła niemiłosier­nie język Szekspira w mowie, ale, w odróżnieniu od Macierewicza, co nieco w nim rozumiała.
     – Na Okęcie – odparł lakonicznie anioł, przechodząc na polski.
   
Prowadził z fasonem, co na zdewastowanych albo rozko­panych przez złośliwą Gron­kie­wicz-Waltz stołecznych jezdniach stanowiło wyczyn nie lada. Ostro zahamował na tar­maku, tuż przed stop­niami prowadzącymi do samolotu. Wysiedli.

        – Jezus, Maria, toż to Tu-154 – zauważył ze znajomością rzeczy przerażony Macierewicz. – Nie macie tam czegoś innego na składzie?
        – Nie wzywaj imienia Pana Boga swego nadaremno
– skarcił go anioł. – W rzeczy samej, Tu-154. No cóż, tak kra­wiec kraje, jak mu materii staje. Kryzys finansowy, wydatki budżetowe ograniczamy. Czyżbyś się bał?
        – Skądże znowu, tak tylko pytam
– tłumaczył się bez przekonania Macierewicz, i unika­jąc wzroku anioła, ujął opierającą się Fotygę pod ramię i pociągnął ją po stopniach.
        – Prigłaszaju siuda – dobiegł ich głos z kokpitu i jednocześnie zagrały silniki.

        Za sterami siedział anioł w mundurze pilota Aeroflotu. Wskazał im fotele:

        – Sadities’, tawariszczi.
        – Szlag by go trafił z tym ruskim
– obruszyła się patriotycznie Fotyga i nachyliła do Ma­cierewicza. – Słuchać tego języka nie mogę.
        – Nie ma sprawy
– pilot przeszedł na polski. – My tam – skierował kciuk ku górze – mó­wimy wszystkimi językami. Inaczej nie szłoby się dogadać.
        – Chciałbym coś wyjaśnić
– zwrócił się do niego Macierewicz. – Zmierzając tutaj, prze­chodzi­liśmy przez pomieszczenie, przypominające do złudzenia salonik prezydencki.
        – Kanieczno, to jest chciałem powiedzieć oczywiście. To salonik.
        – Czy my może lecimy...
        – Kanieczno, to znaczy niezupełnie, bo oryginał wciąż rdzewieje w Smoleńsku. To jego duch.
        – A co tu tak śmierdzi?
– Fotyga skrzywiła się z niesmakiem.
        – Śmierdzi? – zdziwił się anioł. – To chuch generała Błasika, aczień prijatnyj, znaczy bar­dzo przyjemny, po koniaczku. No, ale teraz proszę mi nie przeszkadzać, bo podchodzimy do lądo­wania.
        – Z automatu?
– zainteresował się Macierewicz.
        – Skąd. Nie widzisz, że mgła?
        – A ILS?
        – Nawalił, a na nowy dzieńgow niet, znaczy pieniędzy nie ma, kryzys.


     Przed niebiańskimi wrotami zatrzymało ich dwóch uskrzydlonych osiłków o byczych kar­kach i gładko wygolonych głowach, uzbrojonych w pistolety maszynowe Heckler & Koch G36:

     – Dokąd? – odezwał się jeden z nich.
        – O, pan anioł Polak – ucieszył się Macierewicz.
        – Z Pruszkowa, za ochroniarza u „Parasola” robiłem, a później u „Wańki”. Zastrzelili mnie jednak, za­nim sam zdążyłem ko­go­kolwiek zastrzelić, i dzięki temu dostałem robotę tutaj. Więc dokąd?
        – Do Ducha Świętego. Przepraszam, a to nie święty Piotr tu stoi?
        – Na urlopie
– pochylił się konfidencjonalnie do ucha Macierewicza. – W muzułmańskim niebie tamtejsze dziewice, no wie pan, tego... – uczynił znaczący ruch ręką.
        – Niemożliwe – zaperzyła się Fotyga. – Święty i w dodatku w jego wieku?
        – W starym piecu, za przeproszeniem, diabeł pali, szanowna pani. A święty to on jest u nas, nie u nich. Nazwiska?
        – Macierewicz Antoni i Fotyga Anna.
        – Sprawdzimy
– wyjął z kieszeni plik kartek. – Zgadza się, są przepustki, ale Duch o tej porze je lunch, poczekać trzeba.
        – To może w międzyczasie odwiedzimy naszego prezydenta? Znaczy świętego Lecha Ka­czyńskiego.
        – Jaki on tam święty? Dopiero co u nas... wylądował, he, he, he. Ale odwiedzić możecie, czemu nie. Tędy prosto, czwarty korytarz w lewo, ósmy pokój po lewej, tabliczka z nazwiskiem na drzwiach. Tylko wracając nie zapomnijcie podbić przepustek u Ducha.
        – W lewo, po lewej...
– burczał Macierewicz – ale poszli zgodnie z dyspozycją.

        We wskazanym pomieszczeniu zastali starszawego anioła, z gładko ulizanymi ciemnymi wło­sami, szczeciniastym wąsikiem i różowymi skrzydłami. Przyjrzał się im badawczo.

        – Niech będzie pochwalony. Państwo do kogo?
        – Pochwalony. Do świętej pamięci pana prezydenta, poległego męczeńską i jednocześnie bo­haterską śmiercią na polu chwały Katynia 2010. Powiedziano nam, że tutaj mieszka.
        – Bo mieszka, ale pofrunął do łaźni ogolić się i wziąć prysznic. Jest nowy, a na pokój z własną łazienką trzeba czekać w kolejce.
        – A pan?
        – Grywamy w makao i w tysiąca, czasami w oko. My, prezydenci, trzymamy się tu ra­zem. Po­przednio grałem z Mościckim, ale oszukiwał.
       
        – Zaraz, zaraz
– ożywił się Macierewicz. – Prezydenci? To pan? Tutaj?
        – Dopiero od 2009. Też mam pokój bez łazienki. Pierwsze pięćdziesiąt trzy lata spędzi­łem tam
– wskazał kciukiem w dół. – Ale nie szło wytrzymać, to się nawróciłem, no i ułaskawili.
        – Gorąco było?
        – Gorąco? Panie, wprost przeciwnie, zimno jak cholera
– przeżegnał się pospiesznie. – W kotle obok siedział Stalin i wciąż wrzeszczał, żeby polskim węglem pod nim palić, no to dla mnie brako­wa­ło i cały czas w zimnej wodzie tkwiłem. Reumatyzmu się nabawiłem.
        – Przepraszam za ciekawość
– wtrąciła uprzejmie Fotyga. – Ale dlaczego ma pan różowe upie­rzenie? Moda taka czy co?
        – A skąd, droga pani. Czerwone było, ale się sprało. Słabe proszki tu teraz sprowadzają. Kry­zys. Mówią, że przejściowy, ale zawsze tak się mówi, wiem coś o tym.

       
     Skrzypnęły drzwi i do pokoju wleciał Lech Kaczyński, czyściutki, skrzydła bielut­kie, ich piór­ka dziarsko nastroszone, ale pachnący kiepską wodą po goleniu Brut Original Men. Padli na kolana, uca­łowali jego dłoń, on zaś pobłogosławił ich i zaczął się usprawiedli­wiać:

     – Przepraszam za tego Bruta, ale kryzys nas też nie omija. No a co ten frank szwajcarski wy­prawia, to już pojęcie ludzkie przechodzi, przepraszam, anielskie pojęcie, wciąż jeszcze nie mogę się przyz­wyczaić – po czym zwrócił się do Bieruta:
     – Wybacz Bolek, wpadnij później, idź może z Wojciechowskim pograj.
     – Nie ma sprawy. Nara
– wyfrunął z lekkim szelestem różowych skrzydeł.
     – Świętej pamięci pan prezydent jest z nim per ty? Z tym zbrodniarzem? – Macierewicz wydawał się znie­smaczony.
     – Nawrócił się przecież i pokutę odbył. Pięćdziesiąt trzy lata odsiedział. W kotle z lodo­watą wodą. Wiesz co to znaczy? W jego wieku? A poza tym Bolek to całkiem niczego gość. Wolę jego, niż na przykład Naru­towicza. Stary pierdoła, w kół­ko opowiada o tym, jak to Niewiadomski do niego strzelał.
    – No a co tam u świętej pamięci pana prezydenta?
– zmieniła temat Fotyga. – Jak się żyje? To znaczy chciałam powiedzieć jak się wiedzie? A gdzie świętej pamięci pierwsza dama? Pewnie na zaku­pach...
     – Jeszcze nie świętej, niestety. W czyśćcu jest. Rydzyk doniósł, że czarownica.
     – Moment
– wtrącił Macierewicz. – Przecież ojciec Tadeusz nie ma numeru telefonu do nieba. Wiem to od księdza Natanka, który posiada ów numer jako jedyny.
     – Przez jakiegoś umarłego z Torunia, co tu trafił, doniósł.
     – I uwierzyli?
     – Niestety. Wykorzystałem wszystkie instancje, został już tylko Strasburg. Zatrudniłem naj­lepszych obrońców, wyłącznie patronów adwokatów: świętego Iwa Helory, świętego Alfonsa Liguori, świętego Miko­łaja z Miry i świętą Katarzynę Aleksandryjską. Majątek na nich wydałem i nic. W ogóle przetrzebili tu na­szych. Gosiu w czyśćcu za drugą żonę i niepłacenie alimentów synowi z tą pierwszą, Kurtyka za tę Hejke od Sakiewicza, Szczygło za symulatory, nawet Was­sermann za wannę, ech, szkoda gadać.
     – A Błasik?
     – Gorzej. W piekle.
     – Jezus, Maria, w piekle? Za co?
     – Nie wzywaj imienia Pana Boga swego nadaremno, Antoni. Za masowe zabójstwo. Za­pewniał mnie, że wyląduje, no i, za przeproszeniem, w pizdu, i wylądował.

    
       W tym momencie drzwi skrzypnęły ponownie i wsunęła się przez nie głowa anioła:

     – Duch Święty czeka.

     Przyjął ich w sporych rozmiarów klimatyzowanym gabinecie. W wielkich akwariach pły­wały dusze ryb, złowionych przez apostołów w jeziorze Genezaret. Ze stojącego w jednym z ką­tów potęż­nego urządzenia audio brzęczał ci­chutko gregoriański chorał.

     – Szczęść Boże – zagaił Macierewicz.
     – Bóg zapłać, jednak bez przesady. Zaskoczył nas światowy kryzys finansowy, że o szwajcar­skim franku nie wspomnę, i tniemy wydatki budżetowe, ale chyba wspominałem ci już o tym przez te­lefon, synu.
     – W istocie, wspominał Duch.
     – No więc w czym mogę pomóc? Ale, ale, na tego piekielnika Casanovę gdzieś po drodze się nie napatoczyliście? Za wcześnie wyszedł na to warunkowe, za wcześnie. Nawet na świętą Ag­nieszkę się zasadzał, chociaż dziewica, a w dodatku patronka czystości.
     – I uległa?
– zainteresowała się Fotyga.
     – Twierdzi, że nie, ale kto ją tam wie – machnął ręką Duch Święty. – A bo to się taka jedna z drugą przyzna? No więc nie napatoczyliście się?
     – Nie, zresztą mówiłem Duchowi, że nam to nie grozi
– Macierewicz wskazał dyskretnie głową Fotygę. – A pomóc nam Duch może w sprawie smoleńskiej zbrodni. Mam już winnych, to Putin, Tusk i Komorowski, ale wciąż brak mi pewności, w jaki sposób dokonali zamachu. Ostat­nio wpadłem wprawdzie na ślad dwóch wielkich wstrząsów, jednak nie wiem przy pomocy czego wstrząsnęli, a mu­szę to wie­dzieć, bo wrzesień blisko i biała księga...
      – Nie zawracaj mi głowy białą księgą, nie mam czasu na szczegóły. Chcesz wiedzieć, co się wydarzyło pod Smoleńskiem? Nie ma problemu, moment – postukał w klawiaturę komputera.
     – Mam tu raport naszej komisji w tej sprawie.
     – Komisji? Powołaliście komisję?
     – Nie powołaliśmy, Niebiańską Komisję Badania Wypadków Lotniczych mamy stałą. Przewodniczy patron spraw trudnych, święty Juda Tadeusz, a ekspertami są święty Eliasz, opie­kun samolotów i święty Józef z Kupertynu, patron lotników. Najlepsi z najlepszych. O, jest: „Przyczyną wypadku było zejście poniżej minimalnej wysokości zniżania, przy nadmiernej prędkości opada­nia, w warunkach at­mosferycznych uniemożliwiających wzrokowy kontakt z ziemią i spóźnione rozpoczęcie procedury odejścia na drugi krąg. Doprowadziło to do zderzenia z przeszkodą tere­nową, oderwania fragmentu le­wego skrzydła wraz z lotką, a w konsekwencji do utraty sterow­ności samolotu i zderzenia z ziemią”. To oczywiście przyczyna główna, do tego dochodzą jesz­cze czynniki mające wpływ na katastrofę i oko­liczności jej sprzyjające, ale to już detale.



     – Jezus, Maria, toż to całkiem jak raport Millera. Duchu Święty, to jakaś prowokacja.
     – Grzeszysz, synu. Ciężko grzeszysz. Na męki piekielne się skazujesz. Wzywasz imię Pa­na Bo­ga swego nadaremno, jego świętym bluźnisz. Tak to właś­nie było i ja ci nic na to nie pora­dzę. Nasi najwybitniejsi specjaliści to ustalili. A teraz idźcie już, zajęty jes­tem
– niecierpliwym gestem wskazał im drzwi.

     Wyszli w milczeniu, podbili przepustki w sekretariacie i zdali je przy niebiańskich wro­tach, gdzie czekał już na nich duch Tu-154, z aniołem w mundurze Aeroflotu i chuchem generała Błasika w kokpicie. Usiedli ciężko w fotelach. Zagrały silniki.

     – Wsio w pariadkie? Ustroili swoi dieło?
     – Ustrolili? Gawno ustrolili, job twoju mać
– Macierewicz nie krył irytacji. – Jeszczio adna komisija Burdienki.
     – Nie panimaju. Kto etot takoj Burdienko?
     – Eto nieznaczitielnoj
e – machnęła ręką zrezygnowana Fotyga. – Wsio rawno.


down under