Przeczytałeś? Zgadzasz się poglądem autora? Uważasz, że warto by i inni przeczytali?
Kliknij w poniższy przycisk.
Przestańcie nazywać błędem to, co jest przeciwieństwem waszej prawdy, a prawdą to, co jest przeciwieństwem błędu. Antoine de Saint-Exupéry
czyli krótki felieton, w którym mojego autorstwa są tylko cztery słowa i dwukropek
„Wynik opozycji został wykreowany dzięki manipulacji wyborcami ze strony niezależnych mediów”.
Poniższe opowiadanie z gatunku political fiction napisałem i opublikowałem w sierpniu 2011 roku. Od tamtej pory Antoni Macierewicz snuł z uporem maniaka swoje fantasmagorie o „zamachu smoleńskim”, a Jarosław Kaczyński „dochodził do prawdy”. W końcu pojął, że tylko się ośmiesza, usunął więc obłąkańca ze stanowiska ministra obrony narodowej, a później kazał mu się zamknąć i w ogóle iść do diabła. Ten musiał posłuchać, ale czekał na stosowną okazję. No i doczekał się. Agresja rosyjska na Ukrainę spowodowała, że Kaczyński nagle „doszedł” i spuścił Macierewicza ze smyczy. Pod hasłem: „skoro Putin każe mordować Ukraińców, musiał również kazać zamordować Lecha Kaczyńskiego”, obydwaj paranoicy polityczni powrócili do swoich majaków i ponownie zatruwają nimi społeczeństwo. Nie zraża ich to nawet, że kontrolowana przez „dobrą zmianę” prokuratura ani myśli macierewiczowych bredni potwierdzać. Nie zrażają się pytaniami o to, dlaczego w takim razie rosyjski ambasador nie został wydalony z Warszawy, dlaczego nie zerwane zostały stosunki dyplomatyczne z Rosją i dlaczego sprawy rzekomego zamachu nie rozpatrują jeszcze międzynarodowe trybunały. Nie potrafią nawet odpowiedzieć sensownie na pytanie, dlaczego tzw. „raport” podkomisji Macierewicza, który nosi datę 10 sierpnia 2021 roku, a którego publikację wstrzymywał aż do teraz Kaczyński, został nagle opublikowany. Pisowskie marionetki polityczne, z tymi na posadach prezydenta i premiera na czele, które wzorem pociągającego ich za sznurki prezesa długo wstydliwie o urojeniach Macierewicza milczały, obecnie kompromitują się przybierając grobowe miny i zgodnym chórem krzycząc: „dzisiaj już wszyscy wiemy...”.
Antoni Macierewicz uważa, że jest groźny, a jest tylko śmieszny. I takim właśnie chciałbym go moim czytelnikom przypomnieć w tym opowiadaniu sprzed prawie jedenastu lat. Ponieważ od tamtego czasu nic się nie zmieniło.
Zniknęły jaskółki, na niebie pojawiły się pierwsze klucze bocianów, spracowani kmiecie prostowali obolałe po żniwach grzbiety, a znaki te świadczyły niezbicie, że nadchodzi wrzesień. Niechętnie uświadamiała to sobie dziatwa i młódź szkolna, ale zwłaszcza Antoni Macierewicz, który na ten właśnie miesiąc zapowiedział opublikowanie ostatniej części swojej białej księgi, a w niej przedstawienie ostatecznego i nieodwołalnego sposobu dokonania zbrodni smoleńskiej. Czas płynął, a on miał w głowie pustkę. W ciągu minionych miesięcy podsunął narodowi szereg efektownych pomysłów, a głupi naród nic. Nie chwyciła sztuczna mgła, impuls magnetyczny, bomby – konwencjonalna i próżniowa, rozerwanie się samolotu w powietrzu, wyciek paliwa w rezultacie sabotażu, wystrzelanie pasażerów, ich wywózka na Sybir. Ba, nawet enigmatyczne obezwładnienie maszyny na piętnastym metrze oraz dwa wielkie wstrząsy zostały przyjęte z dużą rezerwą.
– Czego oni właściwie chcą, do kurwy nędzy – zaklął z wściekłości. – Uderzenia nuklearnego?
– Zjadłbyś co Antoś, czas już spać, a ty nic dzisiaj w ustach nie miałeś – żona podsunęła mu talerz.
– Zabierz to, dekoncentruje mnie, przeszkadza mi w myśleniu.
– Oj Antoś, Antoś, wciąż tylko ten Smoleńsk i Smoleńsk, co?
– Nie męcz mnie kobieto, nic ze mnie nie wyciągniesz, tajemnica państwowa.
– No co ty, Antoś, przede mną tajemnice państwowe masz?
– Zwłaszcza przed tobą. Jestem tak zajęty, że nawet cię zlustrować nie zdążyłem. Skąd mam wiedzieć coś za jedna. Duchem Świętym nie jestem. Zaraz... Zaraz... Duch Święty... Duch Święty! Mam! Muszę jechać!
– Teraz? Po nocy? Dokąd to?
– Zjadłbyś co Antoś, czas już spać, a ty nic dzisiaj w ustach nie miałeś – żona podsunęła mu talerz.
Nie odpowiedział, wypadł z domu, wskoczył do służbowej limuzyny i po chwili, w towarzystwie kierowcy i ochroniarza, gnał już na południe. Po czterech godzinach ujrzał w świetle reflektorów tablicę z napisem: Grzechynia.
Natanek nie spał. Wieczorem uzyskał informację, że arcybiskup Dziwisz jadł w ostatni piątek na kolację kiełbasę krakowską, toteż od kilku godzin próbował się dodzwonić do nieba, żeby go zakapować. Niestety, albo było zajęte, albo pełniąca dyżur w niebiańskiej centrali telefonicznej anielica odpowiadała mu, że Szefa nie ma.
– Kto tam? – oderwał się od telefonu, gdy rozległo się stukanie do drzwi.
– Macierewicz – przedstawił się Macierewicz. – Antoni.
– Ten?
– Ten.
– Cóż cię sprowadza, synu?
– Sprawę mam.
– Jaką sprawę?
– Tajemnica państwowa, nie mogę tak przez drzwi, drzewa mają uszy – Macierewicz rozejrzał się czujnie.
– Ściany też – zauważył rezolutnie Natanek otwierając. – Wejdź, synu.
– Szczęść Boże – pozdrowił go Macierewicz tradycyjnym zawołaniem Radia Maryja.
– Do rzeczy. Nie mam czasu, do nieba muszę się dodzwonić.
– Ja właśnie w tej sprawie.
– Znaczy w jakiej?
– O numer telefonu chciałbym księdza poprosić.
– A po co ci on?
– Nie mogę, mówiłem już, tajemnica państwowa.
– Hmmm, no nie wiem, nie wiem. Ważne to aby? Wiesz synu, nie wypada Szefowi byle, za przeproszeniem, gównem głowy zawracać.
– Nigdy bym się nie ośmielił. To naprawdę ważne. O naszą niepodległość chodzi, o przetrwanie substancji narodowej.
– No, skoro tak... Ale jest problem, bo ty z Rydzykiem się kumasz.
– Nic mu nie powiem. Daję słowo.
– Na kolana i przysięgnij.
– Przysięgam – Macierewicz runął na kolana, a Natanek pochylił się do jego ucha.
Powrót do Warszawy trwał dłużej, jako że nastał świt i stworzona w latach 2005-2007, a zrujnowana przez obecny rząd, infrastruktura drogowa zapełniła się pojazdami mechanicznymi i konnymi oraz stadami pędzonej na pastwiska rogacizny. On jednak, ryzykując życiem, gnał jak na skrzydłach, chociaż to nadzieja, a nie młodość mu je dodała, bowiem nie pierwszej już był. Zajechał wprost do swojego biura poselskiego, zamknął się w gabinecie, wybrał numer i po kilku sygnałach odezwał się anielski głos:
– Good morning. Heaven here. How can I help you?
– Eee... Eee...
– Do you speak English?
– Eee... nie... eee... polski... eee... znaczy polisz.
– Możemy więc mówić w twoim języku.
– Bogu dzięki, to znaczy chciałem powiedzieć szczęść Boże.
– Bóg zapłać, ale bez przesady. Zaskoczył nas, niestety, światowy kryzys finansowy, że o szwajcarskim franku nie wspomnę, toteż wydatki budżetowe ograniczamy. Więc czym mogę służyć?
– Chciałbym rozmawiać z Szefem.
– A kto mówi?
– Macierewicz. Antoni Macierewicz.
– Nie znam. Co za jeden? – z anielskiego głosu powiało chłodem.
– Poseł z Polski. Przewodniczący poselskiego zespołu do spraw smoleńskiej zbrodni, zamachu znaczy.
– Szefa nie ma.
– A kiedy wraca?
– Nie wiem, nie opowiada mi się, ale nieprędko – głos zlodowaciał.
– Ale ja mam ważną sprawę, bardzo ważną, najwyższej wagi. I pilną jak diabli.
– No, no, proszę się liczyć ze słowami. A w ogóle to Szef nie tylko tę waszą Polskę ma na głowie. Powiedziałam, że go nie ma, to nie ma.
– Tę waszą Polskę? Ja bardzo panią anioła przepraszam, ale za przedmurze chrześcijaństwa to niby co robiło, jak nie ta nasza Polska? Kara Mustafę pod Wiedniem kto zatrzymał? Albo Tuchaczewskiego pod Warszawą? A komunizm to kto w Europie obalił? Krasnoludki? A papież-Polak? Mało?
– No dobrze już, dobrze. A o czym konkretnie chcesz z Szefem rozmawiać? Zajęty jest – w anielskim głosie zabrzmiały łagodniejsze tony.
– Tajemnica państwowa, nic więcej nie mogę powiedzieć.
– Zobaczę, co się da zrobić. Jest jednak pewna kwestia formalna. Otóż Szef nie gada z żywymi we wszystkich swoich postaciach. Musisz się zdecydować na jedną z nich. Kogo mam prosić?
– Ducha Świętego, jeśli łaska.
– Proszę poczekać – z słuchawki popłynęły dźwięki harfy, a po kilku minutach zabrzmiał ciepły tenorek.
– Duch Święty, słucham.
– Szczęść Boże. Macierewicz mówi. Antoni.
– Bóg zapłać, chociaż bez przesady. Zaskoczył nas światowy kryzys finansowy, że o szwajcarskim franku nie wspomnę, i wydatki budżetowe ograniczamy. W czym mogę pomóc, synu?
– Tajemnica państwowa, nie chciałbym tak przez telefon. Na pewno nas podsłuchują.
– Gdzie? Niby kto?
– Oj, naiwny Duch, naiwny jak dziecko. Agenci oczywiście.
– Tutaj? Przesadzasz, synu.
– Przesadzam? A lustrację mieliście?
– Lustrację? Hmmm, prawdę mówiąc nie, jakoś nie pomyśleliśmy.
– No widzi Duch. Więc wolałbym osobiście, w cztery oczy.
– Dobra, wyślę tam coś po ciebie, synu. Czekaj w swoim biurze.
– Jeszcze jedno. Ponieważ wizyta będzie miała charakter, że tak powiem, zagraniczny, prezes zechce, aby była ze mną Fotyga.
– Jaki znowu prezes?
– No nasz, Kaczyński znaczy się, Jarosław.
– Aaa, ten. Brat tego, co to go mamy tutaj?
– Ten sam.
– A ta Fotyga, to co za jedna?
– Od spraw zagranicznych u nas jest.
– Nie o to pytam. Bo to wiesz, synu, jest tu u nas od niedawna niejaki Casanova, a kłopotów z nim od, za przeproszeniem, czorta. Nic, tylko się za babami ugania, stąd też ograniczyliśmy czasowo przyjmowanie co atrakcyjniejszych. Nie mogłaby być Sobecka? A może Szydło? Albo Kempa?
– Zaraz, jak to od niedawna? Przecież on umarł ponad dwieście lat temu.
– Dwieście trzynaście, ale dostał trzysta czyśćca. Właśnie wyszedł na warunkowe zwolnienie.
– Aha. Niestety, na Sobecką, Szydło czy Kempę prezes się nie zgodzi. Na sprawach międzynarodowych się nie znają. Fotyga zresztą też nie, ale o nią może być Duch spokojny. Ręczę, że Casanova uganiać się za nią nie będzie. He, he, he.
– Rozumiem. Przepustki dla was będą na bramie – szczęknęła odkładana słuchawka.
Czekając na wysłannika niebios urozmaicali sobie czas dykteryjkami. Macierewicz pokpiwał z obydwu wdów Gosiewskich, z których każda chce uchodzić teraz za tę prawdziwą, a Fotyga, chociaż z wyczuwaną zazdrością, z erotycznych ekscesów Marty Kaczyńskiej.