piątek, 8 marca 2013

W obronie posła !!

refleksje po 60-ce, refleksje, felieton, kuchnia, historycznie, limeryki, polityka, okiem emeryta




Co tydzień, w dzień handlowy moja babcia dreptała pieszo /szkoda jej było pieniędzy na tramwaj/ ok. 3 km do hali targowej Katowicach przy ul. Mickiewicza. W tej hali sporą część zajmowały tanie jatki w których babcia kupowała wyroby na przyszły tydzień. Robiła także jeden, specjalny zakup, kazała ukroić 1 /słownie jeden/ plasterek kiełbasy szynkowej. W drodze powrotnej kupowała świeżą, chrupiąca bułkę i dochodząc do domu widziała w bramie oczekującego małego obsmarkanego Pietrzika – to byłem ja !. Bułka znikała błyskawicznie.




          Jak tylko słońce wiosenne ogrzało ziemię cała rodzina ruszała na ówczesny całodzienny piknick nad jezioro Grunfeld lub w dolinę 3 Stawów nad tzw. Ształwajery /fon./. Zbierano m.in. /o zgrozo/ szczaw, polne pieczarki /rzadkość/, mirabelki /świetny kompot i dżem/, jarzębinę i tzw. rajskie jabłuszka. Babcia jako znawczyni ziołowych lekarstw zbierała jeszcze inne rzeczy z których zapamiętałem tylko hubę.
            Miałem Dziadka. Ostry jak brzytwa, nieprzystępny, wyniosły i małomówny. Wartało jednak siedzieć obok niego przy obiedzie. Tak niby przypadkiem , niechcący spadał na mój talerz kawałek a to mielonego a to ziemniaczka a to kotlecika i oczywiście nikt niczego nie widział. Czasami Dziadek w swojej łaskawości dał mi wytonkać /gwar. wymoczyć, wytrzeć/ chlebkiem resztkę sosu po niedzielnym obiedzie /jeżeli był mięsny/.
            Ta relacja z mojego dzieciństwa może być obrazem normalnie skromnie funkcjonującej rodziny co i ja wraz z małżonka powtórzyliśmy wychowując nasza córkę także w trudnych acz nieporównywalnie lepszych czasach. Niezależnie od zasobności portfela, możliwości nabywczych, my dorośli damy sobie jakoś rade ale młody i rozwijający się organizm wymaga odpowiedniego żywienia mimo wszystko i wbrew warunkom. Jak tylko do Gdańska wpłynął statek z pomarańczami z Kuby i w Opolu udało sie kilka sztuk dostać to chyba domyślacie sie kto większość skonsumował. Masła i cos do tego nie mogło dla córki zabraknąć itd. Moja mama trudniła sie domowym wyrobem czekolady i mordoklejek.
Nie przesadzę jak stwierdzę, że ten standard dbałości rodzinnej jest utrzymywany do dziś ale gwoli prawdy trzeba stwierdzić, że od tych standardów są mniejsze i większe wyjątki.

              Prof. Stefan Niesiołowski zakwestionował liczbę 800.000 niedożywionych dzieci a na dodatek się „wkopał” ze szczawiem i mirabelkami.
Nie mam pojęcia czy liczba ta jest przeszacowana, chociaż skłaniałbym się w tym kierunku bo podaje ją organizacja zajmująca się niesieniem pomocy dzieciom.
Zaskoczony jestem zakresem ataków na posła Niesiołowskiego. Z niesamowitą satysfakcją wszyscy prześcigają się w odmianie rzeczownika „szczaw” a „mirabelka” od czasu do czasu.
Profesor jest starszy ode mnie o 33 dni i zasadnicza między nami różnica to że ja jestem Katowiczaninem czyli miastowy a on ze wsi Kałęczew w pow. Brzezińskim woj. Łódzkie. Być może że pomimo iż pan poseł pochodził z rodziny szlacheckiej a ja z chamów to żyliśmy w jednych dość marnych, trudnych i biednych czasach. Nikomu wtedy nie było łatwo i zebranie szczawiu, głogu /świetne wino/ czy zdziczałych owoców w tym mirabelek było świadectwem zaradności w tamtych czasach a dziś stało się powodem do szyderstw.
Powtórzę, co juz pisałem z innej okazji: gratuluję tym którzy szli i idą przez swoje życie dostatnio, bez większych wzruszeń w jako takim dostatku.
Nie drwijcie z tych którym się to nie udało !!.










15 komentarzy:

  1. Piotrze, moim zdaniem tu jednak o coś innego chodzi. Ja mam pretensje do posła Niesiołowskiego o tę wypowiedź - była zupełnie nieprzemyślana. Czy naprawdę uważasz, że w środku Europy, w XXI wieku wyznacznikiem poziomu głodu wśród dzieci jest rosnący na nasypach szczaw? I póki on tam rośnie, to nie ma czym się przejmować?
    Dzieciństwo posła Niesiołowskiego przypadało na trudne lata powojenne, teraz jesteśmy społeczeństwem o niebotycznie wyższym poziomie życia. A jednak są wśród nas niedożywione dzieci. Owszem, pewnie nie jest to tak, że w ogóle nic nie jedzą, ale stan ciągłego niedożywienia też ma swoje złe skutki. Działałam w Komitecie Rodzicielskim w szkole mojego syna i wiem, że są takie przypadki w środku dużego miasta. To co dzieje się tam "gdzie diabeł mówi dobranoc"? Oczekiwałabym jednak, żeby poseł nie bagatelizował problemu i nie podchodził z takim lekceważeniem, gdy ktoś zadał sobie trud i sprawdził jak to wygląda w praktyce. Może te liczby trzeba zweryfikować, ale jeżeli nawet są przesadzone - to i tak trzeba je sprawdzić, a nie opowiadać, że "za moich czasów to był głód...".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niesiołowski nie wysyłał nikogo na jedzenie szczawiu tylko wspominał swoja młodość. Nie stwierdził, że dopóki tam rosnie to nie ma sie czym przejmować.
      Za to ja sie przejmuję przed taką intepretacją.
      Pozdrawiam /dzis niestety deszczowo/.

      Usuń
    2. Od czasów "wczesnej komuny" działo w szkołach dożywiano.
      Zaraz po wojnie karmiono nas w szkołach "darami z Unry"likwidując awitaminozę tranem a powszechna wszawice DDT.Byli lekarze,dentyści i pielęgniarki.Były szczepienia i "przeglądy lekarskie"Zlikwidowano u dzieci /w społeczeństwie tez/gruźlice i inne choroby społeczne/
      Przy okazji zlikwidowano gabinety lekarskie w szkołach i "wywalono" pielęgniarki.
      Potem były kuchnie, stołówki,bezpłatne obiady /dopłacał Komitet/ "sklepiki uczniowskie"
      Komu to przeszkadzało ze zlikwidowano?Oszczędności?Bo nie ma pieniędzy?
      Ale jakoś znaleziono pieniądze na katechetów,na "nauczanie religii" a tak naprawdę katechezę.Znaleziono choć początkowo Glemp się zarzekał "ze oni będą nauczać społecznie" Potem krzyk, dajcie płaćcie ?bo" niegodnym jest nie płacenie, za prace"
      Komu to było potrzebne, ze ze szkodą dla nauki, przeniesiono to "nauczanie" z sal katechetycznych" do szkół.
      Tego teraz nie widzicie, lub nie chcecie zauważyć.
      A niech dzieci chodzą głodne,po co dożywianie, stołówka,opieka medyczna Ważne jak będą zdychać z głodu by umiały się przeżegnać i wyszeptać paciorek.
      Takie to teraz "tryndy" takie priorytety
      Dzis wywala na zbity pysk nauczyciela języka angielskiego ,bo oszczędności, a na jego miejsce przyjmą kolejnego katechetę bo jeden "przemęczonym jest"
      Chcecie moze przykładów??Prosto "z życia" A jest ich wiele Bardzo wiele

      Usuń
    3. Dlaczego nie opowiadac? co jest zlego we wspomnieniach tamtych czasow?
      te glodne dzieci maja rodzicow, gdzie oni sa. Zobacz ogrodki mniejsze czy wieksze, zasiane trawka bo sie nie oplaca posiac warzywka, bo w sklepie jest wygodniej kupic.

      Usuń
  2. Dziwne, że nie powstał jeszcze żaden reportaż ukazujący głodujące dzieci w Polsce. Dziennikarze głodni sensacji jeszcze tego tematu nie wywęszyli?
    Na co dzień widzę jak dzieci rezygnują z jedzenia śniadań na rzecz batonika z automatu, jak rezygnują z pożywnej zupy na rzecz chipsów i ciasteczek itp,itp... Wiem, że widzę to w dość zasobnej części Polski i dlatego oczekuję doniesień dziennikarzy z obszarów biedy.
    Awantura wokół szczawiu dotyczy bardziej właśnie tego słowa niż rzeczywistego problemu. Dziennikarze uczepili się słowa i walą w Posła jak w bęben. Szczaw zbieraliśmy wszyscy, dziko rosnące mirabelki także.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bet Chyba najlepiej to "zjawisko"opisał na swym blogu andy lighter "Wyjscie z mroku"
    http://www.liiil.pl/1362740503,Niedozywione-dzieci-opozycyjne-haslo-wytrych.htm

    OdpowiedzUsuń
  4. Tu Cię w pełni popieram Piotrze. Wypowiedź posła Niesiołowskiego nie kwestionowała faktu istnienia niedożywionych dzieci. Zwracała jedynie uwagę na kryteria oceny i było wspomnieniem z własnego dzieciństwa. Jestem jedynaczką (oboje rodzice pracowali), młodsza o około 10 lat od posła. Wiem co i jak skromnie jedliśmy, choć nigdy nie byłam niedożywiona, a tym bardziej głodna. Choć luksusem był plasterek żółtego sera (na co dzień biały). Czekolada trzy razy do roku (imieniny, urodziny i od Mikołaja), pomarańcze i cytryny, co najwyżej po kilogramie, pod choinkę. Natomiast nie brakowało mi owoców i warzyw, bo od mojego 1 roku życia rodzice uprawiali działkę (300 m kwadratowych).
    Nie zaprzeczam, że i dziś są zaniedbane, także pod względem żywieniowym dzieci. Pytanie tylko dlaczego? Większość życia zawodowego przepracowałam w oświacie i znam odpowiedź. Dlatego jestem zwolenniczką reformy służb socjalnych (min. Gowin), tak by nie tylko rozdzielały zasiłki, ale miały kompetencje do kontroli i nadzoru. Także zmuszania rodziców do podejmowania terapii, a jak trzeba uczyły zaradności i właściwej opieki nad dziećmi. Niestety, "niewyuczalnym" i niepoprawnym, trzeba jednak dzieci odbierać.
    Co zaś do podanej liczby? Może jest przeszacowana, a może nawet niedoszacowana. Nie wiem, bo nie podano w jaki sposób to policzono. Jeżeli według statystyk dożywiana w szkołach to wyjaśniam jak to wyglądało w szkołach, których pracowałam (1975-2008). Bezpłatne dożywianie finansowane było z kilku źródeł (dotacje gmin, komitet rodzicielski, inni sponsorzy). Zadaniem dyrektora placówki było dokonanie stosownego rozeznania (wychowawcy, pedagog i psycholog szkolny, informacje z OPS). Większość rodziców sama zgłaszała taką potrzebę, ale często też kurator sądowy, dzielnicowy, czy po prostu zaniepokojona sąsiadka. Kryterium był dochód na członka rodziny, ale często wyższe niż to uprawniające do pomocy społecznej. Od operatywności dyrektora (innych pracowników) zależało ile dodatkowych sponsorowanych posiłków będzie. Proszę mi wierzyć nigdy, nawet najmniejszy przedsiębiorca w okolicy, nie odmówił finansowania obiadów, choćby dla jednego dziecka. Zgłaszali się też prywatnie inni rodzice, chętni do sponsoringu dożywiania, zwykle prosząc o zachowanie ich anonimowości. Trochę gorzej było w szkołach, w których stołówki nie było, ale szklankę mleka (herbaty, wody z sokiem) i pożywną kanapkę można było zorganizować wszędzie (w szkole liczącej 280 uczniów zajmowała się tym pani woźna bez dodatkowego wynagrodzenia). W dzisiejszych czasach (firmy kateringowe), nawet szkoły nie mające kuchni, mogą wydawać obiady. Trzeba tylko chcieć.
    Dodam, że n.p. policzenie dzieci korzystających z takiego bezpłatnego dożywiania,nie jest wyznacznikiem niedożywienia. W dobrych, niepatologicznych rodzinach, zaoszczędzoną w ten sposób kwotę rodzice przeznaczają na lepsze, pozostałe posiłki dzieci, lub inne ich potrzeby. Patologicznymi muszą się zając stosowne instytucje i służby.
    Pomyślności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Ikusiu !!. Mam podobne doświadczenia i podobna wiedzę. Notka mopja nie może przekraczać cierpliwości czytanjącego i Twój komentarz jest doskonałym uzupełnieniem - dziekuję !!.
      Nie poruszylismy jeszcze przynajmniej dwóch, przykrych aspektw kiedy niedozywione jest dziecko kosztem wystarczającej ilości piwa dla kochanego tausia lub kosztem dobrej szmini dla kochanej mamusi oraz rozerwanej więzi nie tylko rodzinnych ale sąsiedzkich. Jako "bajtel" mogłem oberwać w łeb od sąsiadki a ona jeszcze dostała pochwałę od mamojej matki ale take po szkole mogłem u niej zostawić teczke i jeszcze dostać coś do zjedzenia.......to były standardy.
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. ........przepraszam za błędy ale dziś cos mi nie gra z oczami !!

      Usuń
    3. Tak przy okazji, to może warto znowu ten szczaw częściej jeść. Nie koniecznie zamiast, lecz może obok, tych cytrusów czy bananów?
      http://zdrowie.dziennik.pl/diety/galeria/421579,1,niesiolowski-mial-racje-trzeba-jesc-szczaw-jest-zdrowy-galeria-zdjec.html
      Pomyślności.

      Usuń
  5. Słyszałem wypowiedź Niesiołowskiego i czytałem te komentarze, Chcę dodać jedno: Jako dziecko nigdy nie głodowałem, ale też nie rósł mi brzuszek z przeżarcia. Będąc na polu też zajadałem szczaw, ale nie z jakiegoś brudnego nasypu a z czystej łączki nad strumyczkiem ze wspaniałą wodą pitną. Druga sprawa - podano sposób oszacowania - na podstawie 800 przypadków uzyskanych z ośrodków pomocy społecznej. Pomnożyć wynik przez 1000 i jest to co trzeba. Można wziąć listę 100 najbogatszych Polaków, pomnożyć przez 100000 i prawie wszyscy będziemy milionerami.

    OdpowiedzUsuń
  6. Głodne dzieci są, bo je widuję. Szkoła pomaga jak może, to też widzę. I widzę też nieporadnych rodziców. To poseł Niesiołowski powinien z pokorą przyjąć do wiadomości. Natomiast napadanie na niego, bo porównał czasy obecne ze swoją młodością, to nadużycie. Na pewno nie było mu wtedy lekko i drwienie z tego jest bezduszne. Mnie też się serce kroi, jak widzę, kiedy leżą na ziemi rozdeptywane owoce.

    OdpowiedzUsuń
  7. No to sie wyprawia.I ja zbieralam szczaw jako dziecko.Wakacje zawsze spedzalam na wsi u babci.Babcia mi pokazywala,ktore listki najlepiej zrywac,zeby zupka byla smaczna.Uzywaja sobie pismaki do woli - co niektory z tych mlodszych nawet pewnie nie wie jak ten szczaw wyglada,juz nie mowiac o tym jak zupka z tego smakuje.Ech...Glodne dzieci bywaja i to jest karygodne.I dozywianie powinno byc.Moze faktycznie zaoszczedzic na katechetach?W czasach minionych w szkole bywaly stolowki.Abonament sie wykupowalo raz w miesiacu i byla to raczej symboliczna cena.Dzieci zjadaly obiadek,zostawaly na siwtlicy,odrabialy lekcje i szly do domu jak juz rodzic w tym domu byl.Czy to bylo zle?

    OdpowiedzUsuń
  8. Szczawiowa z Jajeczkiem, mniam, mniam :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mniam !
      To teraz nazywasz sie Sylwester ?.

      Usuń


Kod do zamieszczania linków - wystarczy skopiować do komentarza, w miejsce XXX wstawić link, który chce się zaprezentować a w miejsce KLIK można wpisać jakiś tytuł, czy objaśnienie lub zostawić bez zmian

<a href="XXX" rel="nofollow">KLIK</a>