sobota, 17 maja 2014

Odkryta opcja !!??

refleksje po 60-ce, refleksje, felieton, kuchnia, historycznie, limeryki, polityka, okiem emeryta




      Odebraliśmy lekcję demokracji lokalnej i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że do przeszłości należą fobie sentymenty i nienawiść do wszystkiego co nie jest polskie.


      Dziś raczej my wskazujemy innych, którzy nie bardzo chcą przestrzegać praw mniejszości narodowych i etnicznych. Oczywistym jest, że pojedyncze przypadki zawsze zdarzać się będą nie znajdując poparcia w administracji i samorządach miejscowych. Pokolenie pamiętające wzajemne żale nie tylko z II WŚ ale i spraw np. Zaolzia, Litwy, Czech itp. odchodzą na druga stronę. Malarzom spray-owym jest w swojej większości obojętne co zapaskudzą począwszy na tynkach, klatkach schodowych a kończąc na tablicach z nazwami miejscowości. To są po prostu bezmózgowcy.

      Dwujęzyczne nazwy miejscowości wprawiają mnie w doskonały nastrój a nazwy których pochodzenia nie znam poszukuję myszkując w sieci.

      W poszukiwaniu tapczanu byliśmy w mieście stolarzy - Dobrodzieniu. Oto rozwinięcie nazwy Dobrodzień. Dobro Dzień – Dobry Dzień – Dzień Dobry – Dzieńdobry czyli po niemiecku Gutentag i tak tez brzmi niemiecka nazwa tego sympatycznego miasteczka.

      Ćwików – nazwa jak najbardziej swojska, która po niemiecku brzmi Zwikau czyli miasto m.in. samochodu Trabant. Nie przywiązujemy wagi do nazw wywodzących się niemal wprost z j. niemieckiego; Grunwald, Kluczbork a i Niemcy przyjęli nazewnictwo polskie np. Gnojno - Gnoien.

      Temat – rzeka, tym bardziej, że słowiańszczyzna obejmowała ziemie daleko na zachód łącznie z Berlinem. Czy nadużyciem jest stwierdzenie że z narodem niemieckim nie wszystko nas dzieli?




      Od zawsze, czyli od małego pyrtka diabli mnie brali jak w domu mówiono po niemiecku bo zżerała mnie ciekawość i jednocześnie wiedziałem że sprawa jest nie dla moich uszu. W wieku ok. 6 lat zacząłem cwaniaczyć i pod pretekstem chęci nauki języka wypytywać co oznaczają pojedyncze słowa lub zwroty. Rodzina szybko się połapała i jedynym moim źródełkiem informacji była sąsiadka, u której przy okazji pałaszowania sznity chleba ze smalcem wypytywałem o słówka, niestety także do czasu jej uświadomienia. Kumple spod klopsztangi /trzepaka/ język niemiecki mieli opanowany w sposób podobny. Z czasem zlepek doświadczeń lingwistycznych utworzył nasz i tylko nasz język podwórkowy, niepodobny do żadnego języka czy gwary slang a dodając do tego umiejętność mówienia wspak czyniło go niezrozumiałym.

      Kilkadziesiąt lat później odnalazłem w Niemczech swoją rodzinę. Zapisałem się do NOT-u na kurs języka niemieckiego. Wykładowczynią była germanistka a przy tym wyjątkowo sympatyczna kobieta. Uczyła j. niemieckiego obcokrajowców na uniwersytecie w Berlinie. Z miejsca zostałem jej pupilkiem bo mieszałem pojęcia, wyrazy, zwroty wywołując u niej salwy śmiechu. Nauka jednak szła wyjątkowo gładko i szybko. Po trzech miesiącach sam zacząłem pisać nieskomplikowane listy do Niemiec a po roku zaproponowała mi złożenie egzaminu państwowego ze znajomości pisania oraz znajomości biernej i czynnej j. niemieckiego na poziomie podstawowym. Nie zdecydowałem się chociaż wiem, że każdy język obcy to ponoć dodatkowe życie. /Mamy wśród nas jednego nieśmiertelnego – Vulpian/.

      W pamięci pozostała moja „Lehrerin” oraz zdanie jednego z uczni /kto go podpuścił nie napiszę/ – Es lebt das Zimmer ! co miało oznaczać – niech żyje pokój !, tylko że pokój, stan bezwojnia to das Frieden a das Zimmer to lokal umeblowany na pokój.




      Epilog.

      Dziś jestem w tym samym stanie jak w wieku kilku szczenięcym. Mam znowu swój język który służy mi do posługiwania się w Holandii. Mieszanka pojedynczych słów z j. holenderskiego, niemieckiego, angielskiego i polskiego podpartego językiem migowym. Holendrzy doceniają wysiłek obcokrajowca i dlatego sądzę że i ja zasłużyłem na swoje drugie życie.
Zdjęcia:
wikipedia.pl,
demotywatory.pl
24opole.pl
media.cz







11 komentarzy:

  1. I ja pamiętam swoje kłopoty z dogadywaniem się z kolegami po śląsku, a w zasadzie po... "śląsko-niemiecku". Koledzy mieli przy tym niezły ubaw. Pamiętam choćby, jak jeden koleś kazał mi układać paczki pod ścianą "na równo ze zoklem". Kładłem więc kombinując, wyrównując, podnosząc, zdejmując, a ten co chwila wpadał z przelotem i wrzeszczał: Padołech ci ciulu! na równo ze zoklem!!!!!!!". Ktoś się w końcu zlitował widząc, jak się uwijam i powiedział mi o co chodzi.I takie tam...
    A rzeczywiście, język to drugie życie. Do dziś nie mogę sobie darować, ze nie przykładałem się do nauki angielskiego w liceum, bo... zakumplowałem się z profesorem, chadzaliśmy na piwo i miałem luz przez cztery lata. Dziś pluję sobie w brodę, bo nawet to, czego się mimo woli nauczyłem, ulatuje wobec niestarannej, byle jakiej edukacji.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałem w Algierii dwujęzyczne nazwy miejscowości (nawet małych pipidówek, a raczej wiosek) i nie był to temat do dyskusji. A przecież Algieria to była kolonia francuska (napisy były po arabsku i francusku). W Polsce to by (oczywiście tylko "patrioci") żeby nazwy były tylko po polsku, ale np. na Litwie po litewsku i polsku. To jest zaprzeczenie idei wspólnej Europy. Po co te łachudry z pis-u czy od Korwina pchają się do Brukseli? Korwin oficjalnie chce rozpieprzyć Unię "od środka", ale skręt Kaczyński jest za a nawet przeciw, bo on chce jedynie załatwić premiera Tuska. Wszelkie deklaracje i opowieści czy inne działania kabaretowe mają jeden cel: zemstę za własne pośrednie spowodowanie katastrofy. Gdy udowodni zamach sam się rozgrzeszy. Świadczy to o poważnej chorobie psychicznej pana prezesa Napoleona i Polskę-zbawa Kaczyńskiego. Pozdrawiam

      Usuń
  2. No i co ułożyłeś na wysokość lamperii ?.
    Ja miałem etat tłumacza. Jak siostra zony wyprowadziła się na więs to przy przeprowadzce zapytano ją czy "mołcie nołcynie ?".
    Nołcynie ........a co ją obchodzi czy mam naczynia, a chodziło o meble a brat tej autochtopnki był stolarzem i chetnie chcieli służyć pomocą. Po pierwszych "halbkach" doszli do porozumienia.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ułożyłem, a jakże. Ale co się natargałem tych pak, to moje :-) Baba z produkcji zobaczyła, ze jak jakiś palant biegam z pakami tam i nazad i wyszła zapytać: "Po co?". To się czerwony zrobiłem i mówię, że nie wiem co to jest zokel i mi przetłumaczyła.
      Reszta widziała jak biegam i się kapnęli, że nie kumam i chichrali pod nosem. A ubaw mieli przez parę lat, szczególnie przy gorzale, jak nas na wspominki brało ;-)

      Usuń
  3. Ha - zycze wiele dobrego w nowym zyciu po holendersku..Mieszkajac na Slasku chcac nie chcac osluchalam sie z gwara i juz myslalam,ze cos rozummie dopoki nie zaczelam pracowac na kopalni Tam dopiero poczulam co to jest gwara gornoslaska. Przychodzi gornik i pado - pani ,jo mom krankol.Zglupialam kompletnie.Rosyjski jakos sam mi wlazl do glowy i nie mialam z nim problemow ale czy sie go nauczylam - dzis-owszem przeczytam cyrylice ,ale mowic - szukam slow. Po niemiecku mowie ale nie pisze. Po nederlandzku czytam ,rozumie i odpowiadam po niemiecku albo co najwyzej mieszam obydwa jezyki . Pewnie moja wina.bo od zawsze tak mialam ,ze jak samo do lba nie weszlo to tzn. ze nie warte jest uwagi. Jednym slowem - mieszanke mam dokladna a co najgorsze - coraz gorzej mowie po polsku...

    OdpowiedzUsuń
  4. Vulpian de Noulancourt17 maja 2014 20:52

    Jeżeli to o mnie (Vulpian to dość rzadkie miano) to pochlebia mi taka opinia, ale rzeczywistość nie jest aż tak dobra. Prawda, że dogaduję się w kilku językach, ale w żadnym nie pogadam o filozofii, a to automatycznie przekreśla biegłość. W dodatku coraz gorzej mi do głowy wchodzi i nie ma już na to rady.
    Umówmy się więc, że może parę dodatkowych żyć bym tam jakoś utargował, ale do nieśmiertelności to mi bardzo daleko.
    Może nawet i lepiej, bo rozumiałbym w różnych dzikich krajach, jak tubylcy mówią o mnie nieprzychylne rzeczy, a tak nie mam o tym pojęcia i dobrze mi z tą nieświadomością.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam koleżankę, która kilkanaście, a może dwadzieścia parę lat temu wyjechała do Australii. Ponieważ są tam jej dzieci więc nie zapomniała mówić po polsku. Oczywiście w sprawach potocznych. Natomiast w sprawach urzędowych to już niekoniecznie. Podczas którejś wizyty w w Polsce (odwiedza nas zawsze) część mojej rodziny nie mogła zrozumiała co ona tam robi. Powiedziała bowiem mniej więcej takie zdanie - "Wiesz, na razie to rentuję unit".
    Warto więc uczyć się języków obcych, bo może zdarzyć się, że jakiś rodak zapomni ojczystego!
    Reniu to nie do Ciebie!
    Pracowałem kiedyś jako ktoś od rozwoju unowocześniania technologii produkcji. Dostałem ofertę urządzeń z Niemiec - po polsku. Podpisano: Michał Kamiński. Napisałem prośbę o więcej szczegółów po polsku (w ofercie wszelkie dokumenty z informacjami były po niemiecku). Jakie było moje zdziwienie, gdy zostałem już po niemiecku poproszony o konkretne pytania, na które dostanę konkretne odpowiedzi. Podpisano: Michael Kaminski.

    OdpowiedzUsuń
  6. No i co z tego, że Shakira mówi płynnie w kilku językach? Dogada się ze mną? Takego! :) Mój angielski był cieniutki (tak zostało) pracując w cyrku duńskim. Ale po "wyborowej", nie stanowiło to żadnego problemu. Poważnie. Gdy w Szwecji zadałem pytanie Svenowi po szwedzku (rozmówki), to wypadł mu palnik acetylenowy z ręki, z wrażenia. Ale gdy zaczął mi odpowiadać, jak "równemu", to odwróciłem się i ...poszedłem na czereśnie. :) W dzieciństwie przyjeżdżały do sąsiadów dzieciaki ze Śląska. Mieliśmy częste kłopoty i ubaw z dogadaniem się, ale największy ubaw był z miny sprzedawczyni, gdy Gynek za naszą namową szedł kupować "brauzę i bumbuny" (tak zapamiętałem). :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzień dobry

      U nas było podobnie gdy przyjeżdżały dzieci z Kaszub. Też było trudno podczas rozmów, ale w dzieciństwie porozumienie między dziećmi samo przychodziło. Do tej pory pamiętam, że zdanie: "daj sie karnąć" znaczy "czy możesz mi pożyczyć swój rower" :)))
      Potem, w wieku młodzieńczym, postanowiłem nauczyć się kaszubskiego i trochę mi się udało, tzn. znam ten język biernie (wiem co do mnie mówią:)). Obecnie ma to duże znaczenie podczas rozmów z fachowcami (najlepsi budowlańcy pochodzą z Kaszub). Przynajmniej wiem kiedy próbują mnie "zrobić w ciula" (jak to mawiają na śląsku:))).

      Pozdrawiam

      Krzysztof z Gdańska

      Usuń
    2. Dzień dobry. Tak trochę dalej od notki. Obok mnie, jest specyficzne miasto, jedyne w swoim rodzaju, ze swoim slangiem, zwyczajami i tajemnicami (teraz trochę to zanika). Miasto jakby zamknięte. Częściowo dosłownie. Wysokie mury, oddzielające sąsiadów istnieją w wielu miejscach. A broń boże, aby istniało okno od strony sąsiada. Kiedyś, gdy ktoś się tam sprowadził, to był "przybłynda", niezbyt mile widziany. Żartowano, że dopóki nie stanie się ichnim obywatelem, co trwało 28 lat (!?), nie mógł chodzić po chodniku. :) Ich gwara i sposób mówienia są specyficzne, np. zamiast zwykłego "nie zgadzam się", oni mówią ze swoim akcentem i intonacją: "Nuu, tak jest, nie wisz casem, mhm, przewaznie, ni mum co robić, mhm, tak jest". Handlowali też kiedyś (oprócz mięsa i kiełbas) sztucznym miodem, jako prawdziwym. Ich hasłem reklamowym było: "nie ma lipy w naszym miodzie". I poniekąd mówili prawdę. :) Pozdrawiam.

      Usuń
  7. O Michale Korybucie Wiśniowieckim, cokolwiek nie najbystrzejszym naszem królu, mówiono ongi, że zna osiem języków, ale w żadnym nie ma nic istotnego do powiedzenia... Zatem daruj, Piotrze, ale i podług mnie, nie języki o wartości człowieka stanowią...:)
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń


Kod do zamieszczania linków - wystarczy skopiować do komentarza, w miejsce XXX wstawić link, który chce się zaprezentować a w miejsce KLIK można wpisać jakiś tytuł, czy objaśnienie lub zostawić bez zmian

<a href="XXX" rel="nofollow">KLIK</a>