piątek, 12 kwietnia 2013

Okiem emeryta (42)








Odcinek 42 – czyli cała prawda o wiośnie.


    Dostrzegłem już nie tylko zapowiedź wiosny, ale samą wiosnę w moim ogrodzie. Z tego powodu, miał być to felieton radosny jak sama długo oczekiwana wiosna. W związku z tym postanowieniem, całkiem świadomie i konsekwentnie unikałem jakich kol wiek informacji związanych z pewną partią i jej „świętem”. Szczególnie unikałem informacji o wypowiedziach pana K. i pana M.




    Niestety – wyszła z tego „wiosna ludów”. Oczywiście na miarę naszych oczekiwań i na miarę naszych możliwości.




    Wystarczyła chwila nieuwagi i za sprawą niezawodnych mediów jednak parę słów wypowiedzianych przez pana K. wpadło mi do uszu. Słowa te były wzniosłe, jak na prawego Polaka i prawdziwego patriotę przystało:
- „Chcemy prawdy!”, „Naród ma prawo do prawdy!”, „nie ustaniemy w walce prawdę!” itp.

    Może bym nawet nie zwrócił na nie większej uwagi, ale nie tak dawno pisałem o „prawdzie” w kontekście filmu „Pokłosie”. Więc na to słowo byłem jakoś wyczulony.

    Cały mój wiosenny nastrój prysnął jak bańka mydlana. Z jednej bowiem strony, żądania „prawdy” są jak najbardziej słuszne. „Wolność” i „prawda”, to pojęcia nierozerwalne i niezbędne każdemu myślącemu człowiekowi. Człowiek domagający się „prawdy” na pewno nie czuje się w pełni wolnym.

    Ale też człowiek zdecydowany prawdy dochodzić nawet przy pomocy kosy, powinien tą prawdę szanować. Każdą prawdę – nawet tę niewygodną, nie pasującą do obrazu świata jaki sobie wymyślił. Lub zaimplantował.

    Nie będę dalej bawił się w chowanego – tak, chodzi o tzw. „prawdę smoleńską”. Ludzie domagający się prawdy w tej materii, przyjmą jednak jedynie prawdę, którą wymyślono na całkiem komercyjny użytek, a którą sprytnie podano na tacy tej części społeczeństwa, która nie lubi w poszukiwaniu prawdy zbytnio się wysilać.

    Otóż nie mogę pojąć, jak człowiek złakniony prawdy może ignorować takie prawdy jak:
- bałagan i chaos przy organizacji wszystkich lotów VIP-owsich
- fatalne warunki pogodowe, a w samym Smoleńsku zerowa widoczność
- lekceważenie podczas tego lotu wszelkich procedur przez pilotów.

    To tylko kilka przykładów przyczyn katastrofy, stwierdzonych obiektywnie i ponad wszelką wątpliwość. Jednak „poszukiwacze prawdy” całkiem te fakty ignorują. Jaką mogą mieć pewność, że potrafią odnaleźć „swoją prawdę”, skoro nie dostrzegają prawd leżących przed ich nosami?

    Wytłumaczenie jest jedno i bardzo proste. Oni wcale prawdy nie szukają. Oni wcale nie żądają prawdy dla siebie. Oni już tę prawdę znają. I bój toczy się o coś zupełnie innego. Nie o własne prawo do „prawdy”, ale o zaakceptowanie „ich prawdy” przez innych i przyjęcie „ich prawdy” jako oficjalnie obowiązującej.

    Jak pisałem, prawda i wolność są nierozerwalne. Skoro więc Ludzie o których mowa wcale nie szukają prawdy, ale chcą siłą narzucić „swoją prawdę” innym – to jakże fałszywie brzmią śpiewane przez nich słowa: - „Ojczyznę wolną, racz nam wrócić Panie”. Może to jedynie oznaczać iż dla nich Ojczyzna wolną będzie jedynie wtedy, gdy wszyscy przyjmą ich punk widzenia i sposób rozumowania.

    Chyba więc czas, bym i ja zaczął się uczyć słów tej pieśni!







-------------------




10 komentarzy:

  1. Chcemy prawdy !!
    No to sobie tą prawdę powiedzmy
    Dawno już ptaki ćwierkają o tej "prawdzie"
    "Branża lotnicza" dawno szumi a ci co powinni razem z PIS lądują to pod kocyk No bo armia jej Bog,Honor i Ojczyzna ucierpią /nawiasem mówiąc tego Boga dopisano sobie lat temu kilkanaście/ Na przedwojennych sztandarach i szablach od zawsze było Honor i Ojczyzna
    Gdy wiec tego "honoru"zabrakło uzupełnijmy sobie
    Generał Błasik na Tu-154 nie był pasażerem, lecz odbywał lot inspektorski. To on rządził w kabinie.

    O inspektorskiej roli Błasika mówi się w środowisku lotniczym, od kiedy stało się jasne, że dowódca Sił Powietrznych przebywał w kabinie pilotów. Jeżeli to prawda, załoga działała pod podwójną presją, bo generał patrzył załogantom na ręce nie tylko jako zwierzchnik-pasażer, ale także jako osoba kontrolująca. Po zakończeniu zadania mógł zaś spłodzić meldunek, który w mgnieniu oka zniszczyłby im kariery. Wiele wskazuje, że właśnie tak się sprawy miały. Pierwsze słowa, jakie zarejestrowała czarna skrzynka tupolewa, wypowiedział nawigator. Brzmiały one: Za wielką wodę… Dowódca mówił. Odpowiedział mu drugi pilot: Za wielką wodę… Za wielką wodę na czterogwiazdkowego generała. I teraz tak zapierdala, bo muń jeszcze nalatać 40 godzin. Nie, a jak nie może, to wiesz, wtedy zapierdala do Poznania. Nazwisko Błasika nie pada, ale: 1. Był jedynym trzygwiazdkowym generałem lotnictwa na pokładzie i jedynie on mógł śnić o czwartej gwiazdce. 2. Kończyła mu się kadencja i w planach miał objęcie fuchy w dowództwie NATO za wielką wodą. 3. Jedynie on wśród pasażerów miał interes w wykonaniu 40-godzinnego limitu nalotu. 4. Był związany z Poznaniem, bo w przeszłości dowodził tamtejszymi 31. Bazą Lotniczą i 2. Brygadą Lotnictwa Taktycznego. Nie ma wątpliwości – nawigator rozmawia z drugim pilotem o generale Błasiku. Kluczowe jest stwierdzenie teraz tak zapierdala, bo musi nalatać 40 godzin.

    Dodatkowa forsa

    Biega o to, że aby otrzymać dodatek lotny, czyli gratyfikację pieniężną za latanie, lotnik musi spędzić w powietrzu co najmniej 40 godzin. Bój idzie o niemałe pieniądze. W przypadku generała w grę wchodziły bowiem 3 tys. miesięcznie oraz dodatkowa wypłata w wysokości 14 tys. zł. Problem w tym, że dowódca sił powietrznych nie miał wiele okazji, żeby swoje wylatać. Na szczęście mógł wykonywać loty inspektorskie, które wliczane są do nalotu. Przy czym musiał się starać, żeby wyrobić nalot przedpójściem za wielką wodę, gdyż wysokość uposażenia, jakie otrzymywałby na nowym stanowisku w NATO, zależała od wysokości ostatniego wynagrodzenia na starym stolcu. Dlatego: teraz tak zapierdala.

    Mechanizacja skrzydła

    Generał Błasik wielokrotnie wykorzystywał możliwość nabijania nalotu. Wszak po co tracić czas na rolę biernego pasażera, skoro konieczność odbycia podróży można połączyć z wyrabianiem limitu? Od stycznia do końca marca 2010 Błasik, by nakręcić sobie nalot, wielokrotnie przylatywał do 31. Bazy Lotniczej w Poznaniu (jeden z tych przylotów mało nie zakończył się tragedią; o czym potem). I bywało, że nakręcał w dwójnasób. Bo po przylocie w charakterze inspektora czekał na niego F-16, pakował tyłek do drugiej kabiny i licznik znowu bił. Mimo że nie miał żadnych uprawnień na Tu-154, bo na nim nie latał, na mocy wydanych przez siebie wytycznych 10 kwietnia 2010 mógł odbywać lot inspektorski. Wtedy zrozumiałe staje się wyjątkowe stremowanie załogi i odczytywanie przez Błasika instrukcji dotyczącej mechanizacji skrzydła (Mechanizacja skrzydła przeznaczona jest do… – patrz stenogram rozmów z kokpitu godz. 8:39:07). A także fakt, że to generał, a nie dowódca samolotu, składał prezydentowi Kaczyńskiemu meldunek o gotowości do wylotu. O to, jaki status miał Andrzej Błasik podczas lotu do Smoleńska, zapytaliśmy pułkownika Edmunda Klicha oraz ministra Jerzego Millera, przewodniczącego komisji badającej wypadek „tutki”. W obu przypadkach odmówiono udzielenia informacji.

    cdn

    OdpowiedzUsuń
  2. Większa odpowiedzialność

    Teoretycznie po locie inspektorskim powinien zostać ślad w dokumentacji – np. w rozkazie dowódcy 36. Pułku Lotnictwa Transportowego. Tylko że podczas śledztwa prowadzonego przez prokuraturę wojskową pojawił się wątek niszczenia i fałszowania papierów związanych z feralnym lotem. Jeżeli wersja z lotem inspektorskim jest prawdziwa, współodpowiedzialność Błasika za tragedię staje się jeszcze wyrazistsza. Bo załoga łamała wszystkie możliwe przepisy i leciała na łeb na szyję nie tylko na oczach dowódcy Sił Powietrznych, ale także kontrolera, który przyzwalał na wybitne gwałty proceduralne.

    Korzystne wytyczne

    Zatrzymajmy się przy lotach inspektorskich, bo to niebywałe kuriozum wskazujące na degrengoladę Sił Powietrznych. Według przepisów obowiązujących przed nastaniem Błasika lot inspektorski mogła odbywać osoba mająca uprawnienia instruktorskie na samolot, do którego się załadowała. Sęk w tym, że 27 kwietnia 2009 generał zmienił te regulacje za pomocą "wytycznych do realizacji lotów inspektorskich". Żołnierze zawodowi zajmujący stanowiska służbowe przewidziane dla personelu latającego oznaczone dodatkową specjalnością instruktor-pilot w Dowództwie Operacyjnym, Sztabie Generalnym WP oraz Inspektoracie MON ds. Bezpieczeństwa Lotów mogą realizować loty (inspektorskie) na statkach powietrznych będących na wyposażeniu lotnictwa wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP – czytamy w dokumencie. Oznacza to, że wierchuszka – w tym dowódca sił powietrznych – może wsiąść na pokład dowolnego samolotu wojskowego, by kontrolować i szkolić załogę. Przepis ten spotkał się z wielkim uznaniem sztabowców – dzięki niemu gryzipiórki mogą sobie kręcić naloty. Natomiast wywołał wkurwienie dołowych pilotów, bo ci mają kłopot z wyrabianiem limitów ze względu na brak środków na wykonywanie lotów. Dodatkowo wytyczne Błasika doprowadziły do paranoi. Oto oficer z uprawnieniami na Antka, „dziecinnego” samolotu transportowego, może wsiąść do EFA, by – nie mając bladego pojęcia o pilotażu takiej maszyny – kontrolować pilota! Z pewnością tego typu loty inspektorskie nie służą poprawie bezpieczeństwa w lotnictwie. Za to korzyści osiągają oficerowie sztabowi. To niekwestionowany wkład gen. Błasika w poprawę bezpieczeństwa lotów.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dumne lądowanie

    Przez "Nasz Dziennik", "Gazetę Polską" i PiS generał Błasik przedstawiany jest jako oficer bez skazy. Wymagający, twardo trzymający się procedur lotniczych, ale jednocześnie przyjazny wobec podwładnych. Tymczasem 26 marca 2010, a więc tuż przed katastrofą smoleńską, nakręcający nalot Błasik odbywał lot inspektorski na pokładzie Jaka-40. Maszyna, jak nie trudno się domyślić, leciała do Poznania, do ukochanej 31. bazy. Nad lotniskiem weszła w strefę intensywnego oblodzenia oraz gwałtownych opadów śniegu. Widzialność: poniżej wszelkich minimów, czyli całkowita pizda. Ponieważ pilot nic nie widział, a postępujące oblodzenie samolotu groziło katastrofą, postanowił polecieć na lotnisko zapasowe. Tylko że z rozsądnego postanowienia gówno wyszło, bo generał Błasik zmusił go do lądowania. Jak-40 z trudem przyziemił i wypierdolił poza pas. Pilot był wkurwiony i blady jak ściana, bo od tragedii byli o mały włos. Generał Błasik z dumą przyjął meldunek oczekujących na płycie dowódców bazy i 2. Skrzydła Lotnictwa Taktycznego. Wszyscy udawali, że się nic nie stało. Lecz stało się – doszło do zgwałcenia regulaminu lotów lotnictwa Sił Zbrojnych, który zakazuje latania w strefie niebezpiecznych zjawisk pogody. Do nich zalicza się zaś zarówno oblodzenie, jak i opady zmniejszające widzialność poniżej warunków minimalnych.

    Nieistotne zdarzenie

    Błasik doprowadził do zdarzenia lotniczego, które zagroziło bezpieczeństwu lotów i powinno być przedmiotem badania specjalnej komisji. Komisja winna wydać orzeczenie, zalecić środki naprawcze i omówić przebieg zdarzenia z personelem latającym. Gdyby do tego doszło, być może Tu-154 kilka tygodni później nie wyrżnąłby w ziemię (intensywna mgła jest również w katalogu niebezpiecznych zjawisk pogodowych i pilot, gdy się w mniej znajdzie, ma tylko jeden obowiązek – wypierdalać). Ale do tego nie doszło, bo choć Jak-40 lądował na oczach dowódcy bazy i skrzydła, nikt nie kiwnął palcem, żeby wszcząć procedurę.
    cdn

    OdpowiedzUsuń
  4. Dwa incydenty

    Wcześniej, bo w styczniu 2009, inspektor ds. bezpieczeństwa lotów z 31. Bazy Lotniczej w Poznaniu złożył frapujący meldunek ministrowi Klichowi. Przedstawił w nim mianowicie dwa incydenty, do których doszło podczas lotów w Poznaniu. (Pamiętajmy, że 31. baza to nie Kozia Wólka, tylko szpica naszych sił powietrznych, bo tam stacjonują 32 "efki"). Pierwszy miał miejsce w lutym 2008. Lecący F-16 pilot woził się z zamiarem wylądowania, ale ze względu na mgłę chciał odlecieć na lotniskowe zapasowe, widzialność w poziomie wynosiła 1500 metrów, a on miał uprawnienia do lądowania przy widoczności 2400. Wtedy stało się coś zdumiewającego – pilot operacyjny lotów polecił kontrolerowi z wieży, żeby ten, wprowadzając w błąd oficera z EFA, poinformował go, że warunki się poprawiły, widzialność wynosi 2400 i może siadać. Cudem usiadł. Do drugiego incydentu doszło w styczniu 2009. Do lądowania sposobiło się kilka "efek" w warunkach silnego oblodzenia i widoczności poniżej minimum. Samoloty natychmiast powinny odlecieć na lotnisko zapasowe, ale oficer operacyjny lotów uparł się, żeby je posadzić. W rezultacie kilkakrotnie podchodziły do lądowania, aż zaczęło im brakować paliwa. Maszyny na oparach lądowały więc na lotnisku w Powidzu, choć w ogóle nie miało ono uprawnień do przyjmowania takich samolotów. Było to naruszenie wszelkich zasad i procedur.

    Cuda Błasika

    Oba zdarzenia nieomal zakończyły się dramatem, ale poza inspektorem ds. bezpieczeństwa lotów, zresztą jednym z pierwszych w Polsce przeszkolonych na EFY pilotów, który jako się rzekło spłodził meldunek, nikt się nimi nie przejął. Ale meldunek, choć wiedział o nim nie tylko minister Klich, ale także generał Błasik, przyniósł zgoła nieoczekiwane skutki. Bo, owszem, przybycie do Poznania zapowiedziały wysokie komisje z MON oraz z Sił Powietrznych, ale na kilka dni przed godziną "W" autora meldunku dowództwo postanowiło wysłać na urlop. Nie zgodził się, co potraktowano jako niewykonanie rozkazu. A co za tym idzie, powiadomiono prokuraturę o popełnieniu przestępstwa. Tym samym po raz pierwszy w historii zdarzyło się, żeby żołnierza posądzono o odmowę wykonania rozkazu polegającego na tym, że pełnił swoje obowiązki służbowe i nie chciał zniknąć na urlopie. Takie cuda działy się, gdy Siłami Powietrznymi zarządzał oficer bez skazy, czyli gen. Błasik. I za jego wiedzą. Gwoli ścisłości: komisje sobie pojechały i inspektor od bezpieczeństwa lotów został wezwany na przesłuchanie do prokuratury. W sprawie odmowy wykonania rozkazu, rzecz jasna. Termin wyznaczono na 12 kwietnia 2010, a więc dwa dni po wszystkim. Prokuratura na wszelki wypadek postępowanie umorzyła.
    Autor: MACIEJ MIKOŁAJCZYK

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki Wieśku za obszerne przytoczenie jeżeli nie bezspornych faktów (jak zapewne będą im zaprzeczać smoleńscy sekciarze) to przynajmniej fachowej opinii.

    Ja dodam jeszcze tylko, że piloci nie oponowali, bowiem sami byli w tym bałaganie głęboko umoczeni. Uprawnienia I pilota do lotów w określonych warunkach (minimalna wysokość i minimalna widoczność) też pochodziły z "nieprawego łoża". Piloci wobec braku lotów na symulatorze, i rzadko zdarzających się wymaganych warunków atmosferycznych, fałszowali dokumentację lotów wpisując np. lądowanie we mgle. Naczalstwo doskonale wiedziało o tych praktykach. Ba - odbywały się one za ich cichym błogosławieństwem. Inaczej bowiem, nie miałby kto latać.

    Można sobie wyobrazić taką rozmowę:
    - Panie generale, nic q..wa nie widać. Odchodzimy.
    - Jak to odchodzimy? Przecież już latałeś w tych warunkach! Mam ci q..wa pokazać papier?!

    OdpowiedzUsuń
  6. Jarosław tak się zapętlił w poszukiwaniu "prawdy", że podczas zbiegowiska w Warszawie, w trzecią rocznicę katastrofy, w której zginął też jego brat, a to główny powód tych spędów, palnął: "gdyby mój ś.p. brat żył, to byłby tu dzisiaj z nami". Nie wiem czy płakać, czy śmiać się. Niestety trupolandia trzyma się mocno.

    OdpowiedzUsuń
  7. "Patriotom" wyśpiewującym "Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie!" pozwolę sobie przypomnieć, że śpiewają hymn hołdowniczy, ułożony przez Alojzego Felińskiego w 1816 roku ku czci cara rosyjskiego, Aleksandra I i tam te słowa brzmiały: "Naszego króla zachowaj nam, Panie!".
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ruski pilot, jak mgła jest w Moskwie (gdzie mają nieco lepsze lotnisko niż w Smoleńsku) w trosce o swoich dostojników wiezie ich 700 km do Petersburga. Polski pilot nie miał szans zatroszczyć się nawet o swoje życie.

    Żaden kontroler lotów, choćby mu za plecami stali Putin i Miedwiediew - nie jest w stanie zabić pilota, który przestrzega procedur i zdrowego rozsądku.

    Ale prawda jest jak doopa - każdy ma własną. Nikomu tu nie idzie o ujawnienie prawdy, bo ją wszyscy zainteresowani dawno ujawnili. Idzie o potwierdzenie prawdy głoszonej przez stronę przeciwną.

    allensteiner

    OdpowiedzUsuń
  9. @allensteiner - u nas tez były procedury ale ponad nimi np. gen. Błasik, Lech Kaczyński i myślę że jeszcze kilka osób.
    Rezultat znamy i szkoda że musimy sie uczuć na tak blesnych błędach.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Bo mnie to juz zaczyna wkurzać ze są tacy co dają się manipulować i "wierzą" w teorie spiskowe i gadki bezczelnych manipulatorów.
    A robione jest to sprytnie bardzo sprytnie.
    To jest tak, ze dziś mamy do czynienia z wieloma paczkami "puzzli" swoje puzzle ma MAK, swoje Komisja Milera,swoje Macierewicz,swoje "dziennikarze i przecieki prasowe,swoje prokuratorzy którzy od czasu do czasu coś tam ujawnia.i 2 filmy Gargas z rożnymi świadkami którzy sobie przeczą, + jakże niesłuszny "techniczny film z Discovery'
    A "nasi??" manipulatorzy co chwila wyjmują po jednym z paczki i pokazują "patrzcie przecież nie pasują do całości" i tak co chwila.
    Brzoza, co to o nią nie zawadził samolot, gdzie indziej ze jednak zawadził,i o zgrozo jest po trzech latach wyższa niż w dniu katastrofy/ a każdy Polak i patriota przecież dobrze wie, ze taka brzoza zamiast rosnąc powinna uschnąć z żalu i to natychmiast,zwłoki ekshumowane wyglądają? po trzech latach tak ze "rodzina nie poznaje"I krzyk zamienili.
    Podłożyli trotyl,tylko nie ma produktów spalania tegoż i ani słowa, ze tak jak po przylocie z remontu jak i przed każdym wylotem samolot badany jest pirotechniczne przyrządami i z udziałem psów,a potem wystawiany posterunek który pilnuje go cały czas.
    I ani słowa o tym ze o sprawnym samolocie,bezpiecznym i przygotowanym do lotu meldował Prezydentowi nie 1 wszy pilot /jak to w zwyczaju/ a Gen Błasik.Czyli co Okłamał Prezydenta czy sam "podłożył"/o sposobie dorabiania sobie "do małych" pensji całej wierchuszki lotniczej już napisałem'
    I tak wyciągają z każdej paczki po jednym i krzyczą "patrz narodzie" A ciemny lud to łyka.
    Najbardziej mnie wkurza ze pierwszym manipulatorem jest nie nawet Macierewicz bo on dla mnie "psychiczny"/dał temu wiele juz dowodów/ ale były sędzia /albo w stanie spoczynku/ i dawny szef NIK e poseł J Wojciechowski.
    On to, już znając sposoby dochodzenia do prawdy,ciężar dowodów i sposób umiejętnego wyciągania z nich wniosków procesowych, cynicznie manipuluje w mowie w RM i na piśmie w blogu i "salon 24"
    Przy jednoczesnej pełnej gębie trosce o ojczyznę, którą oczywiście ci z PO ciągną na dno.
    Oni umiejętnie wykorzystują nawet naszą "delikatność"
    Bo przez "delikatność" dla rodzin nie opublikowano zdjęć "stanu ciał"
    Bo gdyby je opublikowano nie byłoby "tam 3 osoby przeżyły"
    Jak to wiec nazwać jak nie q - twem w całej pełni.
    Co jeszcze i z jakiej paczki wyciągną, krzycząc znów "nie pasuje" do całości.Przekonamy sie niebawem lub w kolejna "miesięcznicę"

    OdpowiedzUsuń


Kod do zamieszczania linków - wystarczy skopiować do komentarza, w miejsce XXX wstawić link, który chce się zaprezentować a w miejsce KLIK można wpisać jakiś tytuł, czy objaśnienie lub zostawić bez zmian

<a href="XXX" rel="nofollow">KLIK</a>